5 Grupa krwi
Idąc na angielski, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. W klasie nie zauważyłam
nawet, że lekcja się już zaczęła.
- Dziękujemy za zaszczycenie nas swoją obecnością, panno Swan - głos pana
Masona sprowadził mnie na ziemię.
Zarumieniłam się i pospiesznie zajęłam miejsce. Dopiero, gdy zabrzęczał dzwonek,
zdałam sobie sprawę, że Mike postanowił nie usiąść dziś koło mnie. Na chwilę wróciły
wyrzuty sumienia. Dołączył do mnie przy drzwiach z Erikiem, więc nie obraził się tak do
końca. Gdy tak szliśmy chodnikiem, stopniowo odzyskiwał typowy dla siebie entuzjazm,
zwłaszcza, że cieszyła go prognoza pogody na nadchodzący weekend. Zapowiadane
krótkotrwale rozpogodzenie mogło wreszcie umożliwić planowany od dawna wypad nad
morze. Starałam się okazywać zainteresowanie, żeby wynagrodzić chłopakowi wczorajsze
rozgoryczenie. Przychodziło mi to z pewnym wysiłkiem. Owszem, fajnie, gdyby nie padało,
ale tak czy siak na plaży będzie góra dziesięć stopni.
Całe przedpołudnie trwałam w dziwnym oszołomieniu. Trudno mi było uwierzyć, że
Edward mógł mówić do mnie takim tonem i patrzeć na mnie w taki sposób. Może tylko
śniłam tak sugestywnie, że wzięłam majaki za rzeczywistość? Taka wersja wydawała się
bardziej prawdopodobna niż to, że cokolwiek we mnie go pociąga.
Nic dziwnego, że gdy wchodziłyśmy z Jessicą do stołówki, byłam zniecierpliwiona i
podenerwowana. Chciałam go zobaczyć i upewnić się, że nie jest już tym chłodnym,
ignorującym mnie człowiekiem, z którym miałam do czynienia przez kilka ostatnich tygodni.
Albo też, jeśli miałam wierzyć w cuda, że jest człowiekiem, który powiedział dziś rano to, co
wydawało mi się, że powiedział. Jessica paplała jak najęta, zupełnie nieświadoma tego, co
przeżywam. Lauren i Angela zaprosiły pozostałych dwóch chłopców, tak jak to sugerowałam,
i wybierali się na bal wszyscy razem. Zerknęłam w stronę stołu tajemniczego rodzeństwa i
spotkało mnie ogromne rozczarowanie. Edwarda z nimi nie było. Czyżby pojechał do domu?
Przybita podążyłam za rozgadaną koleżanką do Kolejki. Straciłam nagle apetyt - kupiłam
tylko butelkę lemoniady, chciałam już tylko usiąść i oddać się ponurym rozmyślaniom. -
Edward Cullen znowu się na ciebie gapi - szepnęła Jessica. Nie słuchałam za bardzo tego, co
przedtem do mnie mówiła, ale ta informacja dotarła do mnie natychmiast. - Ciekawe, czemu
usiadł dziś sam.
Wyprostowałam się jak struna i szybko odszukałam wzrokiem odpowiedni stolik.
Trudno było o miejsce bardziej odległe od tego, gdzie siadywały zawsze dzieci doktora.
Edward uśmiechał się zawadiacko. Kiedy nasze oczy się spotkały, kiwnął na mnie palcem,
jakby chciał, żebym do niego dołączyła. Zamurowało mnie. Przez chwilę po prostu
wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem. Widząc to, puścił do mnie perskie oko.
- Czy on ma c i e b i e na myśli? - Jessica była tak szczerze zdumiona, że
mogłabym się na nią obrazić.
- Może potrzebuje pomocy z zadaniem domowym z biologii - podpowiedziałam
jej bez przekonania. - Lepiej pójdę zobaczyć, o co mu chodzi.
Odchodząc, czułam na sobie jej wzrok.
Stanęłam za krzesłem naprzeciwko Edwarda, nie wiedząc, jak się zachować.
- Może usiadłabyś dzisiaj ze mną? - spytał wesoło.
Odruchowo spełniłam jego prośbę, przyglądając mu się nieco podejrzliwie. Nadal się
uśmiechał. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak piękny istnieje naprawdę. Bałam się, że lada
chwila chłopak zniknie w kłębach dymu i okaże się, że to tylko sen. Wydawało mi się, że
czeka, aż coś powiem.
- Nie do lego mnie przyzwyczaiłeś - udało mi się w końcu wydusić.
- No cóż... - Przerwał, a potem wyrzucił z siebie szybko: - Doszedłem do
wniosku, że skoro i tak skończę w piekle, to mogę po drodze zaszaleć.
Milczałam, czekając, aż powie wreszcie coś, co ma jakiś sens, ale nic takiego się nie
stało.
- Słuchaj, nie mam zielonego pojęcia, o co ci chodzi - oświadczyłam w końcu
odważnie.
- Wiem. - Znowu się uśmiechnął, a potem nagle zmienił temat. - Myślę, że twoi
znajomi mają mi za złe, że cię im podkradłem.
- Jakoś to przeżyją. - Czułam na plecach ciekawskie spojrzenia całej paczki.
- Mogę cię już im nie oddać - powiedział ze złowrogim błyskiem w oku.
Przełknęłam głośno ślinę.
Zaśmiał się.
- Boisz się?
- Skąd. - Ale, ku memu zdziwieniu, głos mi przy tym zadrżał. - Jestem raczej
zaskoczona. Skąd ta zmiana?
- Już ci mówiłem - mam już dość tego, że muszę cię ignorować. Więc daję sobie
z tym spokój. - Nadal się uśmiechał, ale oczy miał pełne powagi.
- Spokój? - powtórzyłam zdezorientowana.
- Nie chcę dłużej być grzecznym chłopcem. Od teraz będę robił to, na co mam
ochotę, i niech się dzieje, co chce. - Gdy to mówił, uśmiech stopniowo znikał z jego twarzy, a
głos nabierał hardości.
- Znów nic nie rozumiem.
Wrócił zawadiacki uśmiech, od którego dech mi zaparło w piersiach.
- Przy tobie zawsze się niepotrzebnie rozgaduję. Mam z tym problem. Jeden z
wielu zresztą.
- Nie martw się. I tak nigdy nie wiem, o co ci chodzi - stwierdziłam drwiąco.
- Na to też liczę.
- Czyli, w normalnym języku, zostajemy przyjaciółmi?
- Przyjaciółmi... - Nie wydawał się do końca przekonany.
- Albo i nie - szepnęłam.
Uśmiechnął się szeroko.
- Sądzę, że możemy spróbować. Ale uprzedzam cię, że przyjaźń ze mną to nic
przelewki. - Mimo wesołej miny, naprawdę chciał mnie ostrzec.
- W kółko to powtarzasz - zauważyłam niby to obojętnie, usiłując zignorować
dziwne rozedrganie pod sercem.
- Bo mnie nie słuchasz. Nadal czekam, aż potraktujesz mnie poważnie. Jeśli
jesteś bystra, sama zaczniesz mnie unikać.
- No tak, teraz już wiemy dokładnie, jak oceniasz moje zdolności intelektualne.
Piękne dzięki. - Znowu mnie rozgniewał.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Podsumowując, póki nie przejrzę na oczy, możemy próbować się zaprzyjaźnić,
zgadza się? - Tyle właśnie zrozumiałam z tej dziwnej wymiany zdań.
- Tak to mniej więcej wygląda.
Zaczęłam przyglądać się swoim dłoniom splecionym wokół butelki z lemoniadą, nie
wiedząc, co powinnam zrobić.
- O czym myślisz? - spytał z zaciekawieniem.
Gdy spojrzałam w jego złociste oczy, jak zwykle zakręciło mi się w głowie i palnęłam
szczerze:
- Zastanawiam się, kim naprawdę jesteś.
Na jego twarzy pojawiły się oznaki napięcia, ale zapanował nad sobą i ani na chwilę
nie przestał się uśmiechać.
- I jak ci idzie? - zapytał takim tonem, jakby tak naprawdę nie za bardzo go to
interesowało.
- Kiepsko.
Zaśmiał się krótko i serdecznie.
- Masz jakieś hipotezy?
Zarumieniłam się. Przez ostatni miesiąc wahałam się pomiędzy Bruce'em Waynem a
Peterem Parkerem. O przyznaniu się do snucia podobnych rojeń nie było mowy.
- Powiesz mi? - Edward przekrzywił głowę i uśmiechnął się nadzwyczaj kusząco.
Pokręciłam przecząco głową.
- Spaliłabym się ze wstydu.
- To takie frustrujące - pożalił się.
- Nie rozumiem, co w tym takiego frustrującego - zaoponowałam z zapałem. -
Tylko, dlatego, że ktoś nie chce ci się zwierzyć a jednocześnie co rusz czyni jakieś
enigmatyczne uwagi, nad których zrozumieniem człowiek biedzi się po nocy, bo z nerwów
nie może zasnąć? Gdzie tu, u licha, powód do frustracji?
Chłopak skrzywił się.
- Albo jeszcze lepiej - ciągnęłam, dając upust gromadzonej od tygodni irytacji. - Taka
osoba może nie tylko mówić, ale i robić różne dziwne rzeczy. Jednego dnia, dajmy na to,
ratuje ci życie, przecząc prawom fizyki, a nazajutrz traktuje cię jak pariasa, bez jednego słowa
wyjaśnienia, choć obiecała, że wszystko wytłumaczy. Przecież to błahostka, którą nie ma się,
co przejmować.
- Nie powiem, masz charakterek.
- Nie lubię hipokrytów i ludzi, którzy nie dotrzymują słowa. Mierzyliśmy się
wzrokiem. Edward już się nie uśmiechał. Nagle zobaczył coś za mną i ni stąd, ni zowąd,
prychnął.
- Co jest? - spytałam.
- Twój chłopak zdaje się sądzić, że jestem wobec ciebie chamski. Zastanawia
Bruce Wayne to Batman, Peter Parker - Spiderman.
się, czy tu nie podejść i nie wszcząć bójki. - Znów prychnął lekceważąco.
- Nie wiem, o kim mówisz, ale tak czy siak na pewno jesteś w błędzie -
oświadczyłam chłodno.
- Nie mylę się. Mówiłem ci, większość ludzi łatwo rozszyfrować.
- Poza mną, rzecz jasna.
- Tak, z wyjątkiem ciebie. - Po czym nieoczekiwanie rozmarzonym tonem
dodał: - Ciekawe, dlaczego tak jest.
Spojrzał na mnie z takim uczuciem, że musiałam odwrócić wzrok. Skupiłam się na
odkręcaniu butelki. Pociągnęłam łyk, patrząc na blat stołu niewidzącymi oczami.
Lemoniada przypomniała o czymś Edwardowi.
- Nie jesteś głodna?
- Nie. - Nie miałam ochoty tłumaczyć, że to jego wina. - A ty? - Poza moją
butelką na stole niczego nie było.
- Nie, nie jestem głodny - powiedział takim tonem, jakbym go rozbawiła. Po raz
kolejny nie wiedziałam, o co mu chodzi. - Zrobisz coś dla mnie? - spytałam po chwili
namysłu.
Zrobił się podejrzliwy.
- To zależy.
- Nic takiego - zapewniłam. Zaciekawiłam go, ale miał się na baczności.
- Czy nie mógłbyś... uprzedzić jakoś, kiedy następnym razem postanowisz mnie
ignorować dla mojego własnego dobra? Chce być przygotowana. - Wpatrywałam się przy tym
uparcie w butelkę, krążąc małym palcem po otworze szyjki.
- Rzeczywiście, tak będzie bardziej fair. - Gdy na niego zerknęłam, tłumił
wybuch śmiechu.
- Dzięki.
- Czy dostanę w zamian jedną szczerą odpowiedź?
- Strzelaj.
- Zdradź mi choć jedną ze swoich hipotez. O nie.
- Poproszę o inny zestaw pytań.
- Obiecałaś - przypomniał mi. - I nie określiłaś kategorii.
- Sam nie dotrzymujesz obietnic - odpyskowałam.
- Jedna mała hipoteza. Nie będę się śmiał.
- Będziesz, będziesz. - Byłam tego pewna.
Spuścił na moment oczy, a potem rzucił mi niby to błagalne spojrzenie zza wachlarza
czarnych rzęs.
- Proszę - szepnął, pochylając się nad stołem.
Zamrugałam nerwowo. Z wrażenia zapomniałam, o czym tak właściwie
rozmawialiśmy. Dobry Boże, pomyślałam, jak on to robi?
- Co? - wymamrotałam oszołomiona.
- Proszę, zdradź mi jedną ze swoich hipotez - Nadał przeszywał mnie wzrokiem.
- Czy ja wiem, ugryzł cię radioaktywny pająk? - Może był hipnotyzerem? Albo
to mną dawało się tak rozpaczliwie łatwo manipulować.
- Niezbyt to oryginalny pomysł.
- Sorry, nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
Nie zbliżyłaś się do rozwiązania zagadki nawet o milimetr - naigrywał się.
- Żadnych pająków?
- Żadnych.
- Zero radioaktywności?
- Nic z tych rzeczy.
- Cholera - westchnęłam ciężko.
- Kryptonitu też nie stosuję - zachichotał.
- Miałeś się nie śmiać, pamiętasz? Opanował się z trudem.
- Kiedyś zgadnę - ostrzegłam.
- Lepiej nie próbuj. - Znów przybrał poważny ton.
- Bo co?
- A jeśli nie jestem pozytywnym bohaterem komiksu, tylko jedną z tych mrocznych
postaci, z którymi walczy? - Uśmiechnął się przy tym, ale jego oczy były nieprzeniknione.
- Och. - Nagle udało mi się dopasować do siebie kilka kawałków układanki. -
Rozumiem.
- Tak? - Wyglądał tak, jakby przestraszył się, że powiedział zbyt dużo.
- Jesteś niebezpieczny? - spytałam cicho i w tej samej chwili zdałam sobie
sprawę, że tak właśnie jest. Jego osoba naprawdę stanowiła dla mnie zagrożenie. Sam
przecież wciąż to powtarzał. Serce zaczęło mi bić szybciej.
- Ale nie jesteś zły - dodałam, kręcąc głową. - Nie, w to nie uwierzę.
- Mylisz się. - Ledwo było go słychać. Spojrzał na blat, sięgnął po nakrętkę od
butelki i zaczął kręcić nią jak bąkiem. Wpatrywałam się w niego, zastanawiając się, czemu
nie czuję lęku. Nie kłamał, co do tego nie było wątpliwości, ale mimo to byłam tylko spięta,
Kryptonit to kosmiczny minerał stosowany przez Supermana. Pająk z kolei ugryzł Spidermana.
podenerwowana, a przede wszystkim... zafascynowana. Jak zawsze zresztą, gdy miałam z nim
do czynienia.
Trwaliśmy tak jakiś czas bez słowa, aż zdałam sobie sprawę, że stołówka jest już
niemal pusta.
- Spóźnimy się na lekcję - przestraszyłam się.
- Ja nie idę - odparł, obracając nakrętką coraz szybciej.
- Czemu?
- Dobrze człowiekowi robi powagarować od czasu do czasu. - Uśmiechnął się, ale w
jego oczach malował się niepokój.
- Ja tam nie wagaruję - oświadczyłam. Byłam zbyt wielkim tchórzem, żeby
ryzykować.
Przeniósł wzrok z powrotem na nakrętkę.
- W takim razie do zobaczenia.
Zawahałam się rozdarta, ale na dźwięk dzwonka ruszyłam szybko w stronę klasy. Gdy
zerknęłam na Edwarda po raz ostatni, upewniłam się, że nie ruszył się ani o milimetr.
Trudno mi było poukładać sobie to wszystko w głowie. Moje myśli wirowały szybciej
niż nakrętka od lemoniady. Na tak niewiele pytań dostałam odpowiedzi, a tyle nowych się
pojawiło. Dobrze, że chociaż deszcz przestał padać.
Miałam szczęście - pana Bannera nie było jeszcze w sali. Pospiesznie zajęłam swoje
miejsce, świadoma tego, że Mike i Angela mi się przypatrują. Mike wyglądał na urażonego,
na twarzy Angeli malowało się z kolei coś na kształt nabożnej czci.
Pojawił się nauczyciel i przywołał uczniów do porządku. Przyniósł ze sobą kilka
kartonowych pudełek, które postawił na ławce Mike'a, prosząc go o puszczenie ich w obieg.
- W porządku, zaczynamy. Niech każdy weźmie po jednej sztuce z każdego pudełka. -
Z kieszeni fartucha wyjął parę jednorazowych rękawiczek i naciągnął je na dłonie, co
skojarzyło mi się nieprzyjemnie z chirurgiem przed operacją lub szalonym naukowcem.
Guma cmoknęła złowrogo o nadgarstki mężczyzny. - W pierwszym pudełku są karty ze
wskaźnikami - ciągnął, pokazując nam białą tekturkę z wydrukowanymi czterema
kwadratami. - W drugim czterozębne aplikatory. - Podniósł coś przypominającego bardzo
rzadki grzebień - W trzecim jednorazowe igły. - Wyjął z pudelka kawałeczek błękitnej folii i
rozerwał ją. Nie byłam w stanie dostrzec z tej odległości srebrnego drucika, ale na samą myśl
o nim zrobiło mi się niedobrze. - Podejdę wpierw do każdego z biuretą, żeby skroplić wasze
wskaźniki, więc do tego czasu proszę wstrzymać się z eksperymentalni. - Zaczął od ławki
Mike'a, ostrożnie umieszczając po kropce wody na każdym z kwadratów. - Potem chcę,
żebyście delikatnie nakłuli sobie palec igłą... - Złapał Mike'a za rękę i dźgnął w opuszek.
Tylko nie to. Na czoło wystąpiły mi krople potu.
- Nanieście po kropli krwi na każdy z zębów aplikatura - kontynuował pan Banner,
ściskając palec Mike'a, aż pokazała się krew. Zaczęło mi się zbierać na wymioty.
- A następnie umieśćcie je na karcie. - Skończywszy całą operację, zademonstrował
nam ociekający czerwienią arkusik. Zamknęłam oczy, żeby jedynie go słuchać, ale utrudniało
mi to głośne dzwonienie w uszach.
- Czerwony Krzyż organizuje w przyszły weekend akcję krwiodawczą w Port
Angeles, pomyślałem, więc, że każde z was powinno poznać wcześniej swoją grupę krwi -
wyjaśnił nauczyciel z niejaką dumą w glosie. - Ci z was, którzy nie ukończyli jeszcze
osiemnastu lat, będą potrzebowali zgody rodziców. Na biurku mam odpowiednie formularze.
Gdy przeszedł do kolejnej ławki, oparłam się policzkiem o chłodny blat, starając się
nie stracić przytomności. Moich uszu dochodziły piski, narzekania i chichoty kolegów,
przekłuwających sobie palce. Oddychałam powoli przez usta.
- Wszystko w porządku, Bello? - usłyszałam nad sobą zmartwiony głos.
- Znam już swoją grupę krwi, proszę pana - powiedziałam cicho - Bałam się
unieść głowę.
- Mdli cię? Kręci ci się w głowie?
- Tak. - Przeklinałam się w duchu za to, że nie poszłam jednak na wagary.
- Czy ktoś mógłby odprowadzić Bellę do gabinetu pielęgniarki - zawołał nauczyciel.
Wiedziałam, że Mike pierwszy zgłosi się na ochotnika.
- Będziesz w stanie dojść? - spytał pan Banner.
- Tak - szepnęłam. Mogę się czołgać, pomyślałam, byle znaleźć się stąd jak
najdalej.
Mike objął mnie ochoczo w talii i położył sobie moją rękę na ramieniu. Wyszłam z
klasy, polegając głównie na jego wsparciu.
Szliśmy bardzo powoli. Gdy skręciliśmy za stołówkę, gdzie nie mógł nas już zobaczyć
nauczyciel, przystanęłam.
- Pozwolisz, że usiądę na minutkę? - poprosiłam.
Mikę pomógł mi przycupnąć na skraju chodnika.
- Tylko pamiętaj, za nic nie wyjmuj ręki z kieszeni - ostrzegłam go. Nadal było
mi niedobrze, bałam się, że zaraz odlecę. Po - łożyłam się na lewym boku i zamknęłam oczy.
Na policzku czułam lodowatą wilgoć cementu. Trochę mi się polepszyło.
- Kurczę, Bella, jesteś zielona. - Mike robił się coraz bardzie; niespokojny.
- Bello? - zawołał ktoś z oddali.
Glos był mi znajomy. Bardzo dobrze znajomy. Oby to były tylko omamy,
pomyślałam.
- Co jej jest? Co się stało? - To działo się naprawdę. Edward był coraz bliżej i
martwił się o mnie. Zacisnęłam powieki, pragnąc stać się niewidzialna. Modliłam się, żeby
przynajmniej nic zwymiotować.
- Chyba zemdlała - powiedział spanikowany Mike. - Dziwne, nawet nie zdążyła
sobie nakłuć tego palca.
- Bello. - Edward pochylił się nade mną. Słowa Mike'a najwyraźniej go
uspokoiły. - Słyszysz mnie?
- Nie - jęknęłam. - Daj mi spokój.
Zachichotał.
- Prowadziłem ją właśnie do pielęgniarki - wyjaśnił Mike chcąc się jakoś
usprawiedliwić - ale nie chciała iść dalej.
- Zastąpię cię. Wracaj do klasy - oświadczył Edward. Z tonu jego głosu
wywnioskowałam, że nadal się uśmiecha.
- Ale to ja ją miałem zaprowadzić - zaczął protestować Mike.
Nagle poczułam, że unoszę się w powietrzu. Przerażona natychmiast otworzyłam
oczy. Edward wziął mnie na ręce z taką łatwością, jakbym ważyła pięć kilo, a nie
pięćdziesiąt, i ruszył szybem krokiem przed siebie.
- Postaw mnie na ziemi! - zażądałam, modląc się, żebym na niego nie zwymiotować.
- Hej! - zawołał za nami Mike.
Porywacz nie miał zamiaru się zatrzymywać.
- Wyglądasz okropnie - powiedział mi, szczerząc zęby w uśmiechu.
- Puść mnie, do cholery! - wyjęczałam. Kołysanie w rytm kroków było nie do
zniesienia. Co ciekawe, Edward nie przytulał mnie do siebie, tylko trzymał przed sobą na
wyciągniętych rękach. Nie sprawiało mu to żadnego kłopotu.
- A więc mdlejesz na widok krwi? - spytał. Najwyraźniej uważał, że to
niezwykle zabawne.
Nie odpowiedziałam. Skupiona na walce z mdłościami, zacisnęłam mocno powieki i
usta.
- I to nawet nie swojej własnej? - chłopak ciągnął rozbawiony.
Nie wiem, jak udało mu się otworzyć drzwi, ale nagle zrobiło się ciepło, więc
wiedziałam, że weszliśmy do budynku.
- Matko Boska! - usłyszałam zaskoczony kobiecy glos.
- Zasłabła na lekcji biologii - wyjaśnił Edward. Otworzyłam oczy. Byliśmy w
sekretariacie. Mijaliśmy właśnie kontuar dla interesantów, a rudowłosa sekretarka, pani Cole,
podbiegała do drzwi gabinetu pielęgniarki, żeby je przed nami otworzyć. Zaskoczona naszym
wtargnięciem pielęgniarka podniosła wzrok znad czytanej powieści. Przypominała
dobroduszną babcię z bajek. Edward położył mnie delikatnie na kozetce, której brązowy,
plastikowy materac nakryty był płachtą szeleszczącego papieru, poczym stanął pod
przeciwległą ścianą. Był mocno podekscytowany. - To nic takiego - uspokoił poruszoną
pielęgniarkę. - Zrobiło jej się tylko niedobrze i zakręciło w głowie. Ustalali dziś grupy krwi
na biologii.
Starsza kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Tak, tak, zawsze się jedno takie trafi. Edward musiał stłumić prychnięcie.
- Poleź sobie chwilkę, słoneczko. Samo minie.
- Wiem, wiem - westchnęłam. Mdłości już ustępowały.
- Często ci się to zdarza? - spytała pielęgniarka.
- Czasami - przyznałam. Edward rozkasłał się, żeby ukryć kolejny wybuch
śmiechu.
- Możesz już wrócić na lekcję - zwróciła się do niego.
- Mam z nią zostać - odparł z taką stanowczością, że choć kobieta zacisnęła
wargi, zdecydowała nie wdawać się z nim w dalsze dyskusje.
- Przyniosę ci trochę lodu na czoło, złotko - powiedziała i zostawiła nas samych.
- Miałeś rację - wyjęczałam, zamykając na powrót oczy.
- Zwykle mam. A o co dokładniej chodzi?
- Te wagary to był jednak dobry pomysł. - Starałam się oddychać równomiernie.
- Przestraszyłem się trochę, gdy zobaczyłem cię z Newtonem i - przyznał
Edward po chwili milczenia. - Wyglądało to tak, jakby ciągnął twoje zwłoki do lasu, żeby je
gdzieś zakopać.
- Ha, ha, ha - skomentowałam z sarkazmem. Wracały mi siły.
- Serio. Byłaś bardziej zielona na twarzy niż niejeden trup. Myślałem już, że
będę musiał cię pomścić.
- Biedny Mike. Musi być wściekły.
- Nie ma co, facet mnie nienawidzi - stwierdził Edward wesoło.
- Skąd wiesz? - spytałam zaczepnie, ale zaraz pomyślałam, ze może
rzeczywiście potrafi wyczuć takie rzeczy.
- Było to widać po jego minie.
- Jak nas zauważyłeś? Miałeś się urwać z lekcji. - Doszłam już niemal zupełnie
do siebie. Mdłości minęłyby pewnie szybciej, gdy - bym zjadła coś na lunch. Z drugiej strony,
może jednak lepiej, że nic nie jadłam, pomyślałam.
Siedziałem w aucie. Słuchałem muzyki. - Zaskoczyło mnie to prozaiczne wyjaśnienie.
Drzwi się otworzyły i weszła pielęgniarka z zimnym okładem w dłoni.
- Proszę bardzo. - Położyła mi kompres na czole. - Wyglądasz dużo lepiej - dodała.
- Chyba już wszystko w porządku - oświadczyłam, siadając. Nie kręciło mi się w
głowie, tylko jeszcze trochę dzwoniło w uszach. Miętowo zielone ściany gabinetu przestały
wirować.
Pielęgniarka już chciała mnie poprosić, żebym się położyła, ale w tym samym
momencie ktoś nacisnął klamkę i w uchylonych drzwiach pokazała się głowa pani Cole.
- Mamy następnego - oznajmiła.
Zeskoczyłam z kozetki, żeby zwolnić miejsce dla kolejnego pacjenta.
- Proszę. - Oddalam kompres. - Już go nie potrzebuję.
Na progu gabinetu stanął Mike, podtrzymujący bladego jak ściana Lee Stephensa,
który też chodził z nami na biologię. Odsunęliśmy się z Edwardem.
- Cholera - szepnął. - Bello, wyjdź do sekretariatu, dobra? Rzuciłam mu
zdziwione spojrzenie.
- Zaufaj mi. No, idź już.
Odwróciłam się i wymknęłam przez zamykające się za nowo przybyłymi drzwi.
Edward wyszedł tuż za mną.
- Kurczę, posłuchałaś mnie. - Był pod wrażeniem.
- Poczułam zapach krwi - wyjaśniłam, marszcząc nos. Lee nie zjawił się tu,
dlatego, że tak jak mi zrobiło mu się niedobrze.
- Ludzie nie potrafią wyczuć zapachu krwi - zaoponował Edward.
- No cóż, ja potrafię. To od niego mnie mdli. Krew pachnie jak rdza... i sól.
Przyglądał mi się badawczo.
- Co jest? - spytałam.
- Nic, nic.
Z gabinetu wyszedł Mike. Spojrzał na mnie, a potem na Edwarda. Rzeczywiście, w
jego oczach malowała się niechęć. Znów skierował wzrok na mnie i nachmurzył się.
- Wyglądasz dużo lepiej - powiedział oskarżycielskim tonem.
- Tylko nie wyciągaj ręki z kieszeni - ponowiłam ostrzeżenie.
- Już nie krwawi - burknął. - Wracasz na lekcję?
- Chyba żartujesz. Zaraz musiałabym tu wrócić.
- No tak... To co, jedziesz nad to morze? - Rzucił jednocześnie gniewne
spojrzenie w stronę Edwarda, który bez ruchu stal przy kontuarze wpatrzony w przestrzeń.
- Jasne, przecież obiecałam - odparłam jak najbardziej przyjaźnie.
- Zbiórka jest w sklepie ojca o dziesiątej. - Ponownie zerknął na Edwarda,
zastanawiając się, czy nie wyjawia zbyt wielu szczegółów. Językiem ciała wyraźnie dawał do
zrozumienia, że pewne osoby nie będą tam mile widziane.
- Będę na pewno - przyrzekłam.
- No to do zobaczenia na WF - ie. - Mikę ruszył w kierunku drzwi z wahaniem,
jakby miał ochotę coś jeszcze powiedzieć.
- Na razie - zawołałam. Zerknął na mnie po raz ostatni z nieco naburmuszoną
miną i wyszedł powoli, mocno przygarbiony. Zrobiło mi się go żal. Może do meczu mu
przejdzie. Do meczu?
- WF - jęknęłam z rozpaczą.
- Zajmę się tym - szepnął mi Edward do ucha. Nie zauważyłam, kiedy podszedł
tak blisko. - Siadaj i postaraj się wyglądać blado.
Żaden kłopot - blada byłam od urodzenia, a twarz nadal miałam niezdrowo spoconą.
Usiadłam na jednym z chybotliwych krzesełek, oparłam głowę o ścianę i przymknęłam
powieki. Napady mdłości zawsze mnie wyczerpywały.
- Proszę pani - Edward zwrócił się do sekretarki tonem anioła. Nie zauważyłam, że
wróciła na swoje miejsce.
- Tak?
- Bella ma zaraz WF, a moim zdaniem nie jest jeszcze w formie. Czy nie powinienem
odwieźć jej do domu? Byłaby pani tak dobra i usprawiedliwiła tę nieobecność? - Jego
aksamitnemu głosowi nie można się było oprzeć. I jeszcze ten wzrok! Potrafiłam sobie
wyobrazić, jakie cuda wyczyniał właśnie z rzęsami. - Czy ciebie też usprawiedliwić? - Pani
Cole jadła mu z ręki. czemu ja nie miałam takich zdolności?
- Nie trzeba. Mam lekcję z panią Goff. Nie będzie robić problemów. Słyszałaś, Bello?
- zawołał. - Wszystko załatwione. Lepiej ci już? - Kiwnęłam powoli głową, grając swą rolę,
jak najlepiej umiałam.
- Możesz iść czy znów wziąć cię na ręce? - Odwrócony do sekretarki plecami mógł
sobie pozwolić na szyderczy uśmieszek.
- Poradzę sobie.
Wstałam ostrożnie. Żadnych niepokojących objawów. Czułam się już zupełnie dobrze.
Edward przepuścił mnie grzecznie w drzwiach, przypatrując się złośliwie. Na dworze było
chłodno, właśnie zaczęło mżyć, ale po raz pierwszy od przyjazdu nie miałam nic przeciwko.
Wilgotna mgiełka obmyła moją twarz z lepkiego potu.
- Dziękuję - odezwałam się do Edwarda, który wyszedł za mną. - Niemal warto
było zasłabnąć, żeby opuścić WF.
- Do usług, - Patrzył przed siebie, mrużąc w deszczu oczy.
- Pojechałbyś z nami nad to morze? Wiesz, w tę sobotę? - Miałam nadzieję, choć
było to mało prawdopodobne. Trudno mi było sobie wyobrazić, że pakuje się z czeredą
dzieciaków do jednego z podstawionych wozów. Nie pasowałby tam. Chciałam jednak choć
trochę cieszyć się na ten wyjazd.
- Dokąd tak dokładnie jedziecie? - Nadal patrzył w przestrzeń, a jego twarz nie
wyrażała żadnych emocji.
- Na plażę nr 1 w La Push. - Przyglądałam mu się uważnie, próbując odgadnąć jego
myśli. Wydawało mi się, że odrobinę się skrzywił. Zerknął w moją stronę, uśmiechając się ni
to gorzko, ni to ironicznie.
- Nie sądzę, żebym był zaproszony.
Westchnęłam.
- Przecież dopiero co cię zaprosiłam.
- Dość już zaleźliśmy Mike'owi za skórę w tym tygodniu. - Nie chcemy chyba,
żeby stracił cierpliwość, prawda? - Ale widać było, że sam nie miałby nic przeciwko.
- A tam Mike - mruknęłam, rozkoszując się użytą przez mojego towarzysza
liczbą mnogą. Wiedziałam, że nie powinnam się tym tak ekscytować.
Doszliśmy do parkingu. Zamierzałam skręcić w lewo, w kierunku swojej furgonetki,
ale już po pierwszym kroku coś pociągnęło mnie do tyłu.
- A dokąd to? - rozległ się gniewny głos. Edward trzymał mnie za kurtkę.
Zdziwiłam się.
- No, jadę do siebie.
- Nie słyszałaś, jak obiecywałem, że odstawię cię do domu? Myślisz, że pozwolę
ci kierować w takim stanie? - Nadal był oburzony.
- W jakim znowu stanie? - jęknęłam. - I co będzie z furgonetką?
- Poproszę Alice, żeby ją odwiozła - odparł, holując mnie za kurtkę w stronę
swojego auta. Chcąc nie chcąc, truchtałam za nim tyłem, inaczej pewnie wlókłby mnie po
ziemi.
- Przestań! - rozkazałam, ale zignorował mnie i puścił dopiero przy volvo.
Zatoczywszy się, uderzyłam o drzwiczki od strony pasażera.
- Boże, ale z ciebie tyran!
- Są otwarte - powiedział tylko i zasiadł za kierownicą.
- Nic mi nie jest! Sama się odwiozę! - awanturowałam się, stojąc przy aucie.
Deszcz przybrał na sile, a ponieważ całą drogę szłam bez kaptura, z włosów ściekała mi po
plecach strużka wody.
Edward opuścił automatycznie szybę z mojej strony i pochylił się nad siedzeniem
pasażera.
- No już, wsiadaj.
Nie odpowiedziałam. Zastanawiałam się właśnie, czy zdążę dobiec do swojej
furgonetki, zanim chłopak mnie złapie, i doszłam do wniosku, że raczej nie mam szans.
- Przywlokę cię z powrotem - zagroził domyślnie.
Wsiadłam do volvo, starając się zachować resztki godności, ale nie bardzo mi to
wychodziło - wyglądałam jak zmokła kura, a od wilgoci skrzypiały mi buty.
- Niepotrzebnie zawracasz sobie głowę - rzuciłam chłodno. Puścił moją uwagę mimo
uszu, zajęty włączaniem ogrzewania i ściszaniem muzyki. Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu,
zrobiłam minę obrażonej księżniczki, gotowa milczeć całą drogę do domu, ale wtem
rozpoznałam dochodzący z głośników utwór i ciekawość wzięła górę nad intencjami.
- Clair du Lunę? - spytałam zaskoczona.
- Znasz Debussy'ego? - teraz to on się zdziwił.
- Nie za dobrze - przyznałam bez bicia. - Moja mama często słucha w domu
muzyki poważnej, ale po tytułach znam tylko swoje ulubione kawałki.
- Ja też ten lubię. - Patrzył przed siebie w deszcz, pogrążony w myślach.
Słuchałam muzyki rozparta wygodnie w fotelu obitym jasnoszarą skórą. Znajoma
melodia koiła zmysły, jej terapeutycznemu działaniu nie można się było oprzeć. Deszcz
zmieniał krajobraz za oknem w mozaikę szaro - zielonych smug. Migały ciemniejsze plamy
budynków. Gdyby nie one, nie zdawałabym sobie sprawy, że jedziemy aż tak szybko.
Samochód sunął bez najmniejszego drżenia i nie czuło się w nim prędkości.
- Jaka jest twoja matka? - zapytał znienacka Edward.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że patrzy na mnie z zaciekawieniem.
- Hm. Fizycznie jesteśmy do siebie bardzo podobne, z tym, że ona jest ładniejsza -
zaczęłam. Edward skwitował tę uwagę uniesieniem brwi. - Mam w sobie zbyt dużo z
Charliego. Mama jest też bardziej otwarta niż ja, śmielsza. Jest nieodpowiedzialna i nieco
ekscentryczna, a w kuchni robi dzikie eksperymenty. No i jest moją najlepszą przyjaciółką. -
Umilkłam. Smutno mi się robiło, kiedy tak o niej opowiadałam.
- Ile masz lat, Bello? - Nie wiedzieć, czemu, w jego głosie słychać było troskę.
Zatrzymał samochód i uświadomiłam sobie, że jesteśmy już na miejscu. Dom ledwie było
widać spoza ściany deszczu. Miałam wrażenie, że auto jest po dach zanurzone w wodzie.
- Siedemnaście - odpowiedziałam, nie wiedząc, skąd to pytanie?
- Nie zachowujesz się jak siedemnastolatka. Powiedział to z takim wyrzutem, że
się roześmiałam.
- Co jest? - spytał zaciekawiony.
- Mama powtarza zawsze, że urodziłam się jako trzydziestopięciolatka i z roku na rok
robię się coraz bardziej poważna - prychnęłam, a potem dodałam smutniejszym tonem: - Cóż,
ktoś w domu musi być dorosły. Poza tym - dodałam po chwili - ty też nie przypominasz
przeciętnego licealisty.
Skrzywił się i zmienił temat.
- Dlaczego twoja matka wyszła za Phila?
Byłam zaskoczona, że zapamiętał jego imię. Wspomniałam je tylko raz, prawie dwa
miesiące temu. Musiałam się nieco zastanowić, nim odpowiedziałam na to pytanie.
- Mama... ma duszę bardzo młodej osoby. A przy Philu czuje się chyba jeszcze
młodziej. Jak by nie było, szaleje na jego punkcie. - Pokręciłam głową. Nie miałam pojęcia,
co w nim widzi.
- Nie masz nic przeciwko?
- Czy to ważne? - odparłam. - Chcę, żeby była szczęśliwa. A to właśnie jego
najwyraźniej potrzeba jej do szczęścia.
- Bardzo ładnie z twojej strony. Ciekawe...
- Co?
- Czy zachowałaby się w podobny sposób, gdyby chodziło o ciebie? Jak sądzisz?
Zaaprobowałaby twój wybór? - Zrobił się nagle poważny i przyglądał mi się badawczo.
- Chyba tak - wyjąkałam - ale jest w końcu matką. Z rodzicami to trochę inna
sprawa.
- No co, nie przeraziłby jej absztyfikant z piekła rodem? - Podjudził Edward.
Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Z piekła rodem, czyli co? Taki gość z tatuażami i masą kolczyków w twarzy? _
Definicje mogą być rożne. - A jaka jest twoja?
Zignorował jednak to pytanie, a zadał kolejne - Uważasz, że można by się mnie bać? -
Uniósł jedną brew, jego twarz rozświetlił delikatny uśmiech. Zastanowiłam się, czy lepiej
będzie skłamać, czy powiedzieć prawdę. Zdecydowałam się na to drugie.
- Hm... Myślę, że tak, gdybyś się postarał.
- A teraz się mnie boisz? Nagle znów spoważniał na twarzy.
- Nie. - Ale odpowiedziałam zbyt szybko. Kpiarski uśmiech powrócił.
- To, co, może teraz ty opowiesz mi o swojej rodzinie? - Tym razem to ja
zmieniłam temat. - Z tego, co wiem, twoja historia bije moją na głowę.
Zrobił się podejrzliwy.
- Co chciałabyś wiedzieć?
- Cullenowie cię adoptowali, tak? - upewniłam się.
- Tak.
Zawahałam się przez chwilę.
- Co stało się z twoimi rodzicami?
- Zmarli wiele lat temu. - Nie wydawał się tym faktem poruszony.
- Przykro mi - wymamrotałam.
- Nie pamiętam ich za dobrze. Od lat za rodziców mam Carlies'a i Esme.
- I kochasz ich. - Nie było to pytanie. Dało się to wyczytać z jego głosu.
- Tak. - Uśmiechnął się. - To para ludzi najlepszych pod słońcem.
- Masz szczęście.
- Wiem.
- A twoje rodzeństwo? - zerknął na zegar na desce rozdzielczej.
- Moje rodzeństwo, a także Jasper i Rosalie, nie będą zachwyceni, jeśli każę im
czekać w deszczu.
- Och, przepraszam. Już mnie nie ma. - Mogłabym tu tak siedzieć godzinami.
- I pewnie chcesz, żeby twoja furgonetka wróciła przed komendantem Swanem,
żebyś nie musiała opowiedzieć mu o tym incydencie na biologii? - Uśmiechnął się.
- Pewnie już wie. W Forks nie da się mieć tajemnic - westchnęłam.
- Zaśmiał się, jakbym powiedziała coś bardzo zabawnego.
- Miłej zabawy nad morzem. Oby pogoda bardziej sprzyjała opalaniu. - Spojrzał
znacząco na ścianę deszczu za oknem.
- Nie zobaczymy się jutro?
- Nie. Robimy sobie z Emmetem długi weekend.
- Jakie macie plany? - Chyba jako potencjalnej przyjaciółce wypadało mi zadać
to pytanie? Miałam też nadzieję, że Edward nie słyszy, jak bardzo jestem zawiedziona.
- Jedziemy na Kozie Skały, to na południe od Rainier. Rzeczywiście, Charlie
wspominał, że Cullenowie często robią takie wypady.
- No to bawcie się dobrze. - Zdobyłam się na odrobinę entuzjazmu w glosie, ale
nie sądzę, żeby dal się zwieść. W kącikach jego ust czaił się złośliwy uśmieszek.
- Zrobisz coś dla mnie w ten weekend? - Spojrzał na mnie, wykorzystując w
pełni moc swojego spojrzenia.
Bezwolna pokiwałam głową.
- Nic obrażaj się, ale sprawiasz wrażenie osoby, która przyciąga wypadki jak magnes,
więc postaraj się i nie wpadnij do oceanu albo pod samochód czy coś tam, dobra? - Posłał mi
szelmowski uśmiech.
Moje rozmarzenie ustąpiło rozdrażnieniu.
- Zobaczę, co da się zrobić - burknęłam, wysiadając. Lało jak z cebra. Zatrzasnęłam z
hukiem drzwiczki.
Edward odjechał z uśmiechem na twarzy.
wyszukiwarka
Custom Search
czwartek, 29 września 2011
Zaproszenie
4 Zaproszenia
W moim śnie było bardzo ciemno, a jedynym źródłem bladego światła wydawała się
skóra Edwarda. Nie widziałam jego twarzy tylko plecy. Odchodził, pozostawiając mnie samą
w ciemnościach. Choć biegłam ile sił w nogach, nie byłam w sianie go dogonić; choć głośno
krzyczałam, ani razu się nie obrócił. Obudziłam się w środku nocy zlana potem i długo,
przynajmniej tak mi się wydawało, nie mogłam zasnąć. Odtąd śnił mi się każdej nocy, ale
zawsze gdzieś z boku, niedostępny.
Pierwszy miesiąc po wypadku był dla mnie trudny, pełen napięcia, a pierwszy tydzień
niezwykle krępujący.
Ku mojej konsternacji, po powrocie do szkoły znalazłam się w centrum uwagi. Tyler
Crowley, ogarnięty obsesją zadośćuczynienia, nie dawał mi spokoju. Próbowałam go
przekonać, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak wymazania całej tej sprawy z pamięci -
zwłaszcza, że z wypadku wyszłam bez szwanku, - ale uporczywie obstawał przy swoim. Na
przerwach nie odstępował mnie ani na krok i dosiadł się do naszego stołu w stołówce, przy
którym widywałam teraz zresztą wiele nowych twarzy. Mike i Eric darzyli go nawet większą
niechęcią niż siebie nawzajem, co jeszcze bardziej psuło mi humor. Nikt nie zawracał sobie
głowy Edwardem, chociaż powtarzałam wciąż, że uratował mi życie - odepchnął na bok, a
potem sam cudem uniknął staranowania. Starałam się, żeby moja historyjka brzmiała
przekonująco, ale Mike, Eric, Jessica i wszyscy inni twierdzili, że nie wiedzieli nawet, że jest
ze mną, dopóki nie odciągnięto vana.
Zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zauważył, że chłopak stał te kilka aut dalej i nie
miał szans dobiec do mnie w porę. W końcu doszłam do wniosku, że powód może być prosty
- po prostu nikt prócz mnie nie śledził bez przerwy Cullena wzrokiem, nie przejmował się,
czy jest w pobliżu. Byłam doprawdy żałosna.
Uczniowie unikali Edwarda jak zwykle i nikt ciekawski jakoś nie namawiał go do
zwierzeń. Tajemnicza piątka siadywała tam, gdzie zawsze: nie jedli lunchu, rozmawiali tylko
ze sobą i żadne z rodzeństwa, a zwłaszcza mój wybawca, ani razu nie zerknęło w moją stronę.
Na lekcji biologii, siedząc najdalej jak to było możliwe, Edward całkowicie ignorował
moją osobę. Od czasu do czasu zaciskał jednak znienacka dłonie w pięści - aż bielały mu
kłykcie - co pozwalało mi sądzić, że ta nonszalancka poza to tylko pozory i chłopak żywi
wobec mnie jakieś negatywne uczucia.
Zapewne żałował, że wypchnął mnie spod kół vana Tylera - żadne inne wyjaśnienie
nie przychodziło mi do głowy.
Bardzo pragnęłam z nim porozmawiać i próbowałam go zagadnąć już dzień po
wypadku. Wprawdzie, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, pod drzwiami urazówki, oboje
byliśmy wyjątkowo rozwścieczeni i nadal miałam do niego żal, że nie chce mi zaufać,
chociaż przecież zgodnie z naszą umową podtrzymywałam jego wersję, niemniej, niezależnie
od tego, jak to zrobił, facet niewątpliwie uratował mi życie. Przez noc gniew zelżał i czułam
się teraz przede wszystkim bardzo wdzięczna.
Kiedy zjawiłam się w sali od biologii, tkwił już w ławce, patrząc prosto przed siebie.
Siadając, spodziewałam się, że spojrzy w moją stronę, ale zdawał się mnie nie zauważać.
- Cześć, Edward - powiedziałam z sympatią w glosie, aby pokazać mu, że nie mam
zamiaru robić scen.
Odwrócił się może o milimetr, skinął głową, unikając mojego wzroku, i powrócił do
poprzedniej pozycji.
Wtedy to po raz ostatni udało mi się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt, choć
przecież widywaliśmy się codziennie i dzieliliśmy jedną ławkę. Nie mogąc się powstrzymać,
przyglądałam mu się czasami, ale tylko z daleka - w stołówce albo na parkingu. Zauważyłam
przy okazji, że jego złote oczy z dnia na dzień robią się znów coraz ciemniejsze. W klasie
ignorowałam go jednak tak samo, jak on mnie.
- Złe znosiłam tę sytuację. A co noc wracały sny.
Mimo naszpikowanych kłamstwami maili, Renee wyczula mój i depresyjny nastrój i
zmartwiona kilkakrotnie zadzwoniła. Starałam się przekonać ją, że to tylko wina pogody.
Przynajmniej Mike był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Z początku martwił się, że
bohaterski czyn Edwarda mógł mi zaimponować i zbliżyć do niego, odetchnął, więc z ulgą,
widząc, że jest wręcz odwrotnie. Zrobił się bardziej śmiały i przed lekcją biologii
przesiadywał na brzegu mojej ławki, ignorując Cullena, tak jak on ignorował nas.
Po owym dniu groźnej gołoledzi śnieg zniknął na dobre. Mój wierny towarzysz
żałował, że nie będzie miał już okazji zorganizować bitwy na śnieżki, ale i cieszył się, bo
pogoda miała sprzyjać planowanej wycieczce nad morze. Na razie czekaliśmy na słoneczny
weekend. W deszczu mijały kolejne tygodnie.
Jessica uświadomiła mi, że zbliża się też inny termin. W pierwszy wtorek marca
zadzwoniła z pytaniem, czy nie miałabym nic przeciwko, gdyby zaprosiła Mike'a na bal z
okazji powitania wiosny, który miał się odbyć za dwa tygodnie. Zgodnie z tradycją to
dziewczęta wybierały, z kim chciałyby iść.
- Jesteś pewna, że mogę? Może miałaś go na oku? - drążyła, chociaż
powiedziałam wyraźnie, że daję jej wolną rękę.
- Nie, Jess. W ogóle się tam nie wybieram. - była skora przekonać mnie do
przyjścia. Odnosiłam wrażenie, że woli raczej odcinać kupony od mojej popularności, niż
znosić me towarzystwo.
- Bawcie się dobrze - zakończyłam zachęcająco.
Następnego dnia zauważyłam, że jest wyraźnie przybita. Na przerwach milczała i
bałam się spytać ją, co jest grane. Jeśli Mike dal jej kosza, z pewnością byłam ostatnią osobą,
której chciałaby się zwierzać.
Moje podejrzenia pogłębiły się w czasie lunchu, kiedy usiadła tak daleko od niego, jak
to było możliwe, zajęta ożywioną rozmową z Prikiem. Mike z kolei, po raz pierwszy odkąd
się poznaliśmy milczał jak zaklęty.
Idąc ze mną na biologię, nadal nie był rozmowny, a jego zmartwiona mina nie wróżyła
nic dobrego. Nic poruszył jednak tematu balu dopóki nie znaleźliśmy się w klasie, gdzie jak
zwykle przysiadł na skraju mojej ławki. Jeśli chodzi o sąsiada, nie musiałam nawet na niego
patrzeć, żeby czuć jego elektryzującą obecność. Był na wyciągnięcie ręki, a mimo to
niedostępny niczym wytwór mojej wyobraźni.
- Wiesz - zaczął Mike, wpatrując się w podłogę - Jessica zaprosiła mnie na tę
imprezę za dwa tygodnie.
- Świetnie - odparłam, niby to wielce ucieszona. - Na pewno będziecie się
dobrze bawić.
Zasępił się.
- Widzisz... - nic wiedział, jak mi to powiedzieć. - Poprosiłem ją o trochę czasu do
namysłu.
- A to, dlaczego? - udałam dezaprobatę, choć w głębi ducha ucieszyłam się, że nie
postąpił brutalniej.
Znów wbił wzrok w podłogę i się zarumienił. Żal zmiękczył mi serce. Może go jednak
zaprosić?
- Myślałem, że może, no wiesz, może, może ty chciałaś...
Przez chwilę dałam się ponieść wyrzutom sumienia, ale kątem oka zauważyłam, że
Edward przechylił głowę, jakby czekał na moją odpowiedź.
- Mike, sądzę, że powinieneś przyjąć tamto zaproszenie.
- Już z kimś idziesz? - Czy Edward dostrzegł, że Mike zerknął z niepokojem w
jego stronę?
- Nie, skąd. Nawet się nie wybieram.
- Czemu nie? - chciał wiedzieć Mike.
Nie miałam ochoty przyznać, że tańcząc, stanowię zagrożenie dla siebie i innych, więc
szybko wpadłam na pewien pomysł.
- Jadę w ten dzień do Scattle - wyjaśniłam. Już od dawna chciałam się stąd wyrwać, a
teraz zyskałam dobry pretekst.
- Nie możesz pojechać, kiedy indziej?
- Niestety nie - powiedziałam. - Nie trzymaj Jess dłużej w niepewności, nie
wypada.
- Tak, masz rację - wymamrotał i odrzucony powlókł się na swoje miejsce.
Zacisnęłam powieki i przytknęłam palce do skroni starając się wyprzeć współczucie i wyrzuty
sumienia. Pan Banner zaczął coś mówić. Westchnęłam i postanowiłam wrócić do życia.
Och.
Edward przyglądał mi się uważnie, a w jego czarnych oczach malowało się jeszcze
większe zmartwienie niż kiedyś.
Zaskoczona nie odwróciłam wzroku, przekonana, że zaraz sam to zrobi. Patrzył jednak
dalej, zaglądał w zakamarki duszy, hipnotyzował. Nie mogłam się ruszyć. Zaczęty mi drżeć
dłonie.
- Cullen? - To nauczyciel prosił go o udzielenie odpowiedzi na jakieś pytanie, którego
nawet nie usłyszałam.
- Cykl Krebsa - rzucił Edward, niechętnie, jak mi się zdawało, przenosząc wzrok na
pana Bannera.
Uwolniona z pęt jego magnetycznego spojrzenia, natychmiast zajrzałam do
podręcznika, chcąc znaleźć odpowiedni fragment. Tchórzliwa jak zawsze, zgarnęłam włosy
na prawe ramię, żeby przesłonić twarz. Nie mogłam uwierzyć, że był w stanie aż tak
wyprowadzić mnie z równowagi - tylko, dlatego, że spojrzał na mnie po raz pierwszy od
sześciu tygodni. Nie mogłam pozwolić na to, by miał nade mną tak wielką władzę. Było to
żałosne, więcej, było to niezdrowe.
Przez resztę lekcji próbowałam wmówić sobie, że go tam wcale nie ma, a dokładniej,
ponieważ było to niemożliwe, przynajmniej udawać przed nim, że jeśli o mnie chodzi, to go
tam wcale nie ma. Kiedy w końcu zabrzęczał dzwonek, zaczęłam się pakować odwrócona do
swojego sąsiada plecami, spodziewając się, że wyjdzie z klasy pierwszy, jak to miał w
zwyczaju.
- Bello? - Byłam na siebie zła, że ten głos budzi we mnie takie uczucie, jakbym znała
go od dzieciństwa, a nie zaledwie od paru tygodni.
Obróciłam się powoli, niechętnie. Miałam się na baczności, Wiedziałam, że i jego
twarz wzbudzi we mnie emocje, z których byłam dumna. Spojrzałam mu w oczy. Milczał, a
jego mina nie zdradzała, jakie ma zamiary.
- Co? - powiedziałam w końcu. - Nagle chce ci się ze mną gadać? - W moim głosie
dało się wyczuć niezamierzoną nutę rozdrażnienia.
Jego wargi zadrgały, ale się nie uśmiechnął.
- Nie, nie za bardzo - przyznał.
Zacisnęłam powieki i zaczęłam oddychać powoli przez nos, świadoma tego, że niemal
zgrzytam zębami ze złości. Edward nadal czekał na jakąś reakcję z mojej strony.
- No to, o co ci chodzi? - warknęłam, nie otwierając oczu. Tylko w ten sposób byłam
w stanie się kontrolować.
- Wybacz mi. - O dziwo, zabrzmiało to szczerze. - Wiem, że moje zachowanie jest
karygodne. Ale, uwierz, to najlepsze rozwiązanie.
Otworzyłam oczy. Miał bardzo poważny wyraz twarzy.
- Nie rozumiem. O co chodzi? - spytałam, zachowując spokój.
- Lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą bliższych kontaktów -
wyjaśnił. - Zaufaj mi.
Skrzywiłam się. Stara śpiewka.
- Szkoda tylko, że dopiero teraz na to wpadłeś - wycedziłam. - Nie miałbyś
przynajmniej, czego żałować.
- Co takiego? - Wzmianką o żalu i zjadliwym tonem najwyraźniej zbiłam go z
pantałyku. - Czego żałować?
- Ze cię poniosło i wypchnąłeś mnie spod kół samochodu.
Moje przypuszczenie go zaszokowało. Patrzył na mnie z nie dowierzaniem.
Gdy w końcu się odezwał, słychać było, że traci cierpliwość.
- Myślisz, że żałuję uratowania ci życia? - Ba, jestem o tym przekonana.
- Wydajesz osąd w sprawie, o której nie masz najmniejszego pojęcia - stwierdził
wściekły.
Odwróciłam gwałtownie głowę, z trudem powstrzymując przed wykrzyczeniem mu w
twarz wszystkich oskarżeń, jakie miałam w zanadrzu. Zebrałam z blatu swoje rzeczy,
zerwałam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Zamierzałam wyjść z gracją godną tej
dramatycznej sceny, ale oczywiście zaczepiłam butem o framugę i książki rozsypały mi się po
podłodze. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ich tam nie zostawić. W końcu westchnęłam i
zabrałam się do zbierania, ale nim zdążyłam się schylić, Edward mnie wyręczył. W jego
oczach nie było widać jednak cienia sympatii.
- Dziękuję - powiedziałam chłodno. Spojrzał na mnie z niechęcią.
- Nie ma, za co.
Ponownie odwróciłam się do niego plecami i odeszłam szybko do sali gimnastycznej,
nic oglądając się za siebie.
WF był koszmarny. Przeszliśmy do koszykówki. Członkowie mojej drużyny, dzięki
Bogu, nigdy nie podawali mi piłki, ale często się przewracałam, nieraz pociągając za sobą
innych. A dziś szło mi jeszcze gorzej niż zwykle, bo głowę miałam pełną Edwarda.
Próbowałam koncentrować się na swoich stopach, ale w najważniejszych momentach gry
znów wkradał się do moich myśli.
Jak zwykle odetchnęłam z ulgą, gdy mogłam wreszcie pojechać do domu. Niemal
dobiegłam do furgonetki - w szkole roiło się od łudzi, których wolałam unikać. Moje auto
wyszło z wypadku prawie bez szwanku - musiałam tylko wymienić tylne światła, lakier i tak
wszędzie odłaził. Tymczasem rodzice Tylera sprzedali swój wóz na części.
Gdy wyszłam zza rogu i zobaczyłam, że ktoś wysoki czeka na mnie przy
samochodzie, stanęłam jak wryta. Mało brakowało, żebym dostała zawału. Po chwili
zorientowałam się jednak, że to tylko Eric, i uspokojona podeszłam bliżej.
- Cześć.
- Cześć, Bella.
- Jak tam lekcje? - spytałam bez większego zainteresowania, otwierając drzwiczki. Nie
zwróciłam uwagi na to, że jest nieco zakłopotany, więc zupełnie zaskoczył mnie swoim
pytaniem.
- Zastanawiałem się, czy, no, czy nie poszłabyś ze mną na ten bal na powitanie
wiosny. - Z trudem dobrnął do końca.
- Myślałam, że to dziewczyny wybierają. - Z wrażenia zapomniałam o dyplomacji.
- No, właściwie to tak - przyznał zawstydzony.
Doszłam już do siebie i zdobyłam się na ciepły uśmiech. - To bardzo miło z twojej
strony, ale akurat w tę sobotę jadę do Scattle.
- Ach. No cóż, może innym razem.
- Tak, innym razem. - Miałam nadzieję, że nie potraktuje tego jak obietnicę.
Odszedł przygarbiony w kierunku szkoły. Ktoś prychnął.
Edward mijał właśnie moją furgonetkę, patrząc prosto przed siebie, z zaciśniętymi
ustami. Otworzyłam pospiesznie drzwiczki szoferki, wskoczyłam do środka i zatrzasnęłam je
z hukiem za sobą. Zmuszając silnik do wycia, wycofałam gwałtownie i byłam już gotowa
ruszyć w stronę szosy, gdy na drodze stanął mi samochód Cullena, który także dopiero, co
opuścił parking. Jego kierowca wyłączył silnik i najwyraźniej zamierzał poczekać na
rodzeństwo - widziałam, jak się zbliżają, ale byli jeszcze daleko. Miałam ochotę staranować
tył jego lśniącego volvo, ale doszłam do wniosku, że jest za dużo świadków. Zerknęłam w
lusterko. Zaczynała formować się kolejka - Tuż za mną, w kupionej niedawno używanej
Sentrze, siedział Tyler Crowley. Pomachał mi przyjaźnie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by
bawić się w uprzejmości. Wbiłam wzrok w jakiś kąt, byle tylko nie widzieć obu chłopaków.
Nagle ktoś zapukał w szybę po mojej lewej stronic. Był to Tyler - Zdziwiona
sprawdziłam w lusterku, że słuch mnie nie myli - nie wyłączył nawet silnika, a drzwiczki
zostawił otwarte na oścież.
Chwyciłam korbkę i z wielkim trudem otworzyłam okno tylko do połowy -
Przepraszam. to Cullen mnie blokuje. - Zirytowałam się jeszcze bardziej, bo chyba każdy
widział, że korek nie powstał z mojej winy.
- Ach to. Wiem, jasne. Chciałem cię tylko o coś zapytać przy okazji. -
Uśmiechnął się promiennie.
Tylko nie to, pomyślałam.
- Zaprosiłabyś mnie na ten bal wiosenny?
- Jadę na cały dzień do Seattle. - Zabrzmiało to chyba nieco niegrzecznie i
zrobiło mi się głupio. Przecież to nie jego wina, że Mike i Eric zdążyli już zużyć moją
dzienną rację cierpliwości.
- No tak, Mike coś wspominał - przyznał Tyler. - Miałem nadzieję, że to tylko
taka gadka, żeby go spławić.
No dobra, facet sam był jednak sobie winny.
- Przykro mi - powiedziałam, starając się ukryć rozdrażnienie - ale naprawdę tego dnia
nie będzie mnie w Forks.
- Nie ma sprawy. Przed nami jeszcze bal absolwentów.
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, obrócił się na pięcie i wrócił do swojego auta.
Musiałam wyglądać na osobę w głębokim szoku. Sprawdziłam sytuację na drodze. Alice,
Rosalie, Emmett i Jasper sadowili się właśnie w volvo. W lusterku ich wozu dostrzegłam
oczy Edwarda. Nie było najmniejszych wątpliwości, że chłopak trzęsie się ze śmiechu, jakby
doszło jego uszu każde słowo Tylera. Moja oparta o pedał gazu stopa zadrżała niecierpliwie.
Jedno małe wgniecenie nikomu by nie zaszkodziło, a lakier volvo świecił tak kusząco...
Wcisnęłam pedał.
Niestety, cala piątka zdążyła już wsiąść i Edward ruszył w tym samym momencie.
Jechałam do domu powoli i ostrożnie, mamrocząc pod nosem.
Na obiad postanowiłam przyrządzić tortille nadziewane kurczakiem. Miałam nadzieję,
że skupiona nad tym pracochłonnym daniem będę w stanic odegnać uporczywe myśli. Kiedy
podsmażałam cebulę z papryczkami chilli, zadzwonił telefon. Niechętnie podniosłam
słuchawkę, bojąc się, że to jedno z rodziców.
Dzwoniła podekscytowana Jessica - Mike złapał ją po szkol i przyjął zaproszenie.
Pogratulowałam jej, mieszając zawartość rondla. Jess nie miała dla mnie zbyt wiele czasu,
chciała jeszcze podzielić się nowiną z Angelą i Lauren. Ta pierwsza była tą nieśmiałą
dziewczyną, która chodziła ze mną na biologię, a druga, nieco nadęta, siedziała z nami w
stołówce, ale nie zwracała na mnie uwagi. Zasugerowałam tonem niewiniątka, że może
Na bal absolwentów, organizowany niekoniecznie na samo zakończenie roku mogą przyjść także uczniowie
innych klas.
Angela mogłaby zaprosić Erica, a Lauren Tylera, który, jak niby słyszałam, był nadal wolny.
Mój pomysł przypadł koleżance do gustu. Uspokojona zgodą Mike'a, tym razem szczerze
zachęcała mnie do pójścia na zabawę. Po raz kolejny wymigałam się zakupami w Seattle.
Po rozmowie z Jess próbowałam skoncentrować się na obiedzie, zwłaszcza przy
krojeniu kurczaka w kostkę - nie uśmiechała mi się kolejna wizyta na pogotowiu. Nie było to
jednak łatwe, bo wciąż wracałam myślami do tego, co Edward mi dziś powiedział,
analizowałam każde jego słowo. Dlaczego uważał, że nie powinniśmy zostać przyjaciółmi?
Nagle zrozumiałam i poczułam się jak zupełna idiotka. Tak, to musiało być to.
Zauważył, jak na niego reaguję, jak śledzę go wzrokiem. Tu nie chodziło o przyjaźń, więc, po
co miałby mnie nią łudzić. Po co dawać mi nadzieję? Nic byłam w jego typie, nie mia łam
szans.
Przecież to oczywiste, że nie mam u niego szans, pomyślałam, ganiąc się za naiwność.
Oczy mnie piekły, ale to, dlatego, że parę minut wcześniej kroiłam cebulę. To on z nas
dwojga był chodzącym ideałem, prawda? Co za facet! Intrygujący, błyskotliwy, przystojny,
tajemniczy... A do tego najprawdopodobniej potrafił podnosić auta jedną ręką.
Będę twarda, obiecałam sobie. Mogę dać sobie z nim spokój. Dam sobie z nim spokój.
Przetrwam dobrowolne zesłanie, a potem, jeśli mi się poszczęści, jakaś szkoła z
południowego zachodu albo Hawajów zaoferuje mi stypendium. Pakując tortille do
piekarnika, wyobrażałam sobie palmy i gorące plaże.
Charlie wyglądał na zaniepokojonego, kiedy po powrocie do domu wyczuł zapach
zielonej papryki. Miał prawo być podejrzliwy - najbliższa meksykańska knajpa, w której
można było się stołować bez obaw, znajdowała się zapewne w południowej Kalifornii. Ale
jako gliniarz, choćby i z małego miasta, zebrał w sobie dość odwagi, by spróbować mojego
dzieła. I chyba mu smakowało. Przyjemnie było obserwować, jak stopniowo nabiera zaufania
do mojej kuchni.
- Tato? - spytałam, gdy już kończył posiłek.
- Co tam, Bello?
W przyszłą sobotę chcę wybrać się na cały dzień do Seattle. To jest, jeśli nie masz nic
przeciwko. - Zamierzałam nie prosić o pozwolenie, żeby nie ustanawiać niewygodnego
precedensu, ale w końcu wyrzuciłam to z siebie, żeby ojciec nie poczuł się obrażony.
- Do Seattle? Ale po co? - Charliemu najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że
można mieć potrzeby, których nie da się zaspokoić w Forks.
- Chciałabym kupić parę książek, bo tutejsza biblioteka nic jest najlepiej
zaopatrzona, i może połazić trochę po sklepach z ciuchami. - Miałam większe oszczędności
niż zwykle, bo dzięki hojności ojca nie musiałam zapłacić za furgonetkę. Chociaż rachunki za
paliwo zwalały z nóg.
- Wydasz majątek na benzynę - zauważył Charlie, jakby czytał mi w myślach.
- Wiem. Będę musiała zatrzymać się w Montesano i w Olympii, może jeszcze w
Tacomie, jeśli będzie trzeba.
- I pojedziesz tak zupełnie sama? - Nie wiedziałam, czy boi się, że auto mi
padnie, czy że ukrywam przed nim, że mam chłopaka.
- Zupełnie sama.
- Seattle to wielkie miasto - postraszył mnie. - Tato Phoenix jest pięć razy
większe, no i przecież wezmę plan. Poradzę sobie.
- Mam pojechać z tobą?
Wzdrygnęłam się w duchu na samą myśl o tym, ale nie dałam nic po sobie poznać.
Postanowiłam użyć starego babskiego chwytu.
- Czy ja wiem, cały dzień spędzę pewnie w przymierzalniach...
- No dobra, niech ci będzie - uciął szybko. Nawet kwadrans w sklepie z odzieżą
damską byłby dla niego udręką.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się przymilnie.
- Zdążysz na bal?
Dobry Boże, ojciec też o nim wiedział. W tej mieścinie było to chyba wydarzenie
roku.
- Nie idę, nie... nie lubię tańczyć. - Miałam nadzieję, że kto, jak kto, ale on zrozumie
prawdziwy powód. W końcu nie odziedziczyłam problemów z koordynacją ruchową po
mamie.
- Zrozumiał.
- No tak, jasne - mruknął po namyśle.
Następnego dnia pod szkołą zaparkowałam jak najdalej od srebrnego Volvo. Wolałam
się nie wystawić na pokuszenie, a i nie stać by mnie było na pokrycie ewentualnych szkód.
Wysiadając z auta, upuściłam niechcący kluczyki prosto w kałużę. Schyliłam się, żeby je
podnieść, ale ktoś błyskawicznie sprzątnął mi je sprzed nosa - mignęła mi tylko blada dłoń.
Wyprostowałam się szybko, zaskoczona. Tuż obok mnie stał Edward Cullen, oparty
nonszalancko obok mojej furgonetki.
- Jak u licha to zrobiłeś? - spytałam zdumiona i poirytowana zarazem.
- Co takiego? - Upuścił kluczki na moja wyciągniętą dłoń.
- Zmaterializowałeś się, czy co? Przed sekundą cię tu jeszcze nie było.
- Bello, to doprawdy nie moja wina, że jesteś nadzwyczaj mało spostrzegawcza. - Głos
miał jak zwykle cichy, aksamitny, przytłumiony.
Spojrzałam mu prosto w twarz. Jego oczy zdążyły pojaśnieć i stały się miodowo
złociste. W głowie mi zawirowało. Musiałam spuścić wzrok, żeby zebrać myśli.
- A może wyjaśniłbyś mi, po co wczoraj blokowałeś wyjazd z parkingu? -
zażądałam, nadal wpatrując się w ziemię. - Myślałam, że masz zamiar udawać, że nie istnieję,
a nie doprowadzać mnie do szału.
- Nie chodziło o ciebie, tylko o Tylera - zaszydził. - Mam dobre serce. I
chłopczyna mądrze skorzystał z okazji.
- Ty... - Zabrakło mi słów. Zagotowało się we mnie. Spodziewałam się niemal,
że Edward odskoczy naprawdę oparzony, ale cała ta sytuacja wydawała się go wyłącznie
bawić.
- Nie udaję też wcale, że nie istniejesz - dodał.
- A więc masz zamiar doprowadzać mnie do szału, tak? Aż w końcu szlag mnie
trafi? No cóż, jakoś trzeba się mnie pozbyć, skoro vanowi Tylera się nie udało.
Rozgniewałam go. Zacisnął wargi. Pobłażliwy uśmiech zniknął.
- Twoje przypuszczenia są absurdalne - powiedział lodowatym tonem.
Aż świerzbiły mnie ręce, tak bardzo chciałam coś uderzyć. Zaskoczyło mnie to, nigdy
wcześniej nie było we mnie tyle agresji. Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w kierunku
szkoły.
- Czekaj! - zawołał. Szlam dalej, gniewnie rozbryzgując wodę w mijanych kałużach,
ale zaraz mnie dogonił.
- Przepraszam, zachowałem się niegrzecznie - powiedział.
Puściłam tę uwagę mimo uszu. - Nie mówię, że odwołuję to, co powiedziałem -
ciągnął - ale niemniej było to niegrzeczne.
- Dlaczego się ode mnie nie odczepisz? - rzuciłam opryskliwie.
- Chciałem cię o coś spytać, ale nie dałaś mi dojść do głosu - zaśmiał się.
Najwyraźniej szybko wrócił mu dobry humor.
- Masz rozdwojenie jaźni, czy co? - skomentowałam.
- Widzisz, znowu zaczynasz.
Westchnęłam.
- Dobra. O co chciałeś zapytać?
- W następną sobotę jest ten bal wiosenny...
- Myślisz, że jesteś dowcipny? - przerwałam mu, przystając gwałtownie i zwracając
się w jego stronę. Musiałam podnieść głowę; deszcz lał mi się prosto na twarz.
Uśmiechał się jak złośliwy chochlik.
- Pozwolisz, że skończę?
Zagryzłam wargi i splotłam dłonie, żeby opanować wszelkie gwałtowne odruchy.
- Słyszałem, że zamiast na bal wybierasz się tego dnia do Seattle. Może miałabyś
ochotę załapać się na darmowy transport?
Tego się nie spodziewałam.
- Co? - Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam.
- Chciałabyś się załapać na darmowy transport?
- A kto jedzie do Seattle? - Ciężko mi się przy nim myślało. Jakoś nikt nie
przychodził mi do głowy.
- Ja, a któżby inny? - Popatrzył na mnie, jakby miał do czynienia z kimś
opóźnionym umysłowo.
Byłam w szoku.
- Skąd taki gest?
- I tak zamierzałem pojechać jakoś w tym miesiącu. Poza tym, szczerze mówiąc,
nie wierzę, że twoja furgonetka dojedzie do celu.
- Jestem wzruszona twoją troską, ale nie martw się, auto świetnie się spisuje. -
Ruszyłam w stronę szkoły, zostawiając Edwarda z, tylu, choć, zaskoczona propozycją, nie
byłam już na niego taka zła.
- Ale na jednym baku nie dojedzie, prawda? - zawołał, zrównując się ze mną.
- A co cię to obchodzi? - Ach, ci zarozumiali posiadacze volvo.
- Wszyscy powinni przeciwstawiać się marnotrawieniu nieodnawialnych źródeł
energii.
- Wiesz, co, Edward... - Gdy wymawiałam jego imię, przeszył mnie dreszcz, i bardzo
mi się to nie spodobało. - Naprawdę nie nadążam za tobą. Jeszcze nie tak dawno twierdziłeś,
że nie chcesz się ze mną kolegować.
- Powiedziałem, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą
bliższych kontaktów, a nie, że nie chcę ich utrzymywać.
- Dzięki, teraz już wszystko rozumiem - rzuciłam z sarkazmem. Zorientowałam
się, że znowu przystanęliśmy. Tym razem jednak przed deszczem chronił nas daszek nad
wejściem do stołówki i mogłam uważniej przyjrzeć się memu rozmówcy. Co rzecz jasna, nie
pomagało mi w koncentracji.
- Byłoby... roztropniej, gdybyśmy nie zostali przyjaciółmi - wyjaśnił. - Ale mam już
dość zmuszania się do ignorowania ciebie, Bello.
Przy tym ostatnim zdaniu w jego oczach pojawiło się jakieś silne, nienazwane uczucie.
Niski głos amanta pieścił uszy. Zapomniałam, jak się nazywam.
- Pojedziesz ze mną do Seattle? - spytał takim tonem, jakby chodziło o oświadczyny.
Mowę mi odjęło, więc skinęłam tylko głową. Po jego twarzy przemknął uśmiech, ale
szybko przybrał poważną minę.
- Co nie zmienia faktu, że naprawdę powinnaś się trzymać ode mnie z daleka -
ostrzegł. - Do zobaczenia na biologii.
Odwrócił się i odszedł w kierunku, z którego przyszyliśmy.
W moim śnie było bardzo ciemno, a jedynym źródłem bladego światła wydawała się
skóra Edwarda. Nie widziałam jego twarzy tylko plecy. Odchodził, pozostawiając mnie samą
w ciemnościach. Choć biegłam ile sił w nogach, nie byłam w sianie go dogonić; choć głośno
krzyczałam, ani razu się nie obrócił. Obudziłam się w środku nocy zlana potem i długo,
przynajmniej tak mi się wydawało, nie mogłam zasnąć. Odtąd śnił mi się każdej nocy, ale
zawsze gdzieś z boku, niedostępny.
Pierwszy miesiąc po wypadku był dla mnie trudny, pełen napięcia, a pierwszy tydzień
niezwykle krępujący.
Ku mojej konsternacji, po powrocie do szkoły znalazłam się w centrum uwagi. Tyler
Crowley, ogarnięty obsesją zadośćuczynienia, nie dawał mi spokoju. Próbowałam go
przekonać, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak wymazania całej tej sprawy z pamięci -
zwłaszcza, że z wypadku wyszłam bez szwanku, - ale uporczywie obstawał przy swoim. Na
przerwach nie odstępował mnie ani na krok i dosiadł się do naszego stołu w stołówce, przy
którym widywałam teraz zresztą wiele nowych twarzy. Mike i Eric darzyli go nawet większą
niechęcią niż siebie nawzajem, co jeszcze bardziej psuło mi humor. Nikt nie zawracał sobie
głowy Edwardem, chociaż powtarzałam wciąż, że uratował mi życie - odepchnął na bok, a
potem sam cudem uniknął staranowania. Starałam się, żeby moja historyjka brzmiała
przekonująco, ale Mike, Eric, Jessica i wszyscy inni twierdzili, że nie wiedzieli nawet, że jest
ze mną, dopóki nie odciągnięto vana.
Zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zauważył, że chłopak stał te kilka aut dalej i nie
miał szans dobiec do mnie w porę. W końcu doszłam do wniosku, że powód może być prosty
- po prostu nikt prócz mnie nie śledził bez przerwy Cullena wzrokiem, nie przejmował się,
czy jest w pobliżu. Byłam doprawdy żałosna.
Uczniowie unikali Edwarda jak zwykle i nikt ciekawski jakoś nie namawiał go do
zwierzeń. Tajemnicza piątka siadywała tam, gdzie zawsze: nie jedli lunchu, rozmawiali tylko
ze sobą i żadne z rodzeństwa, a zwłaszcza mój wybawca, ani razu nie zerknęło w moją stronę.
Na lekcji biologii, siedząc najdalej jak to było możliwe, Edward całkowicie ignorował
moją osobę. Od czasu do czasu zaciskał jednak znienacka dłonie w pięści - aż bielały mu
kłykcie - co pozwalało mi sądzić, że ta nonszalancka poza to tylko pozory i chłopak żywi
wobec mnie jakieś negatywne uczucia.
Zapewne żałował, że wypchnął mnie spod kół vana Tylera - żadne inne wyjaśnienie
nie przychodziło mi do głowy.
Bardzo pragnęłam z nim porozmawiać i próbowałam go zagadnąć już dzień po
wypadku. Wprawdzie, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, pod drzwiami urazówki, oboje
byliśmy wyjątkowo rozwścieczeni i nadal miałam do niego żal, że nie chce mi zaufać,
chociaż przecież zgodnie z naszą umową podtrzymywałam jego wersję, niemniej, niezależnie
od tego, jak to zrobił, facet niewątpliwie uratował mi życie. Przez noc gniew zelżał i czułam
się teraz przede wszystkim bardzo wdzięczna.
Kiedy zjawiłam się w sali od biologii, tkwił już w ławce, patrząc prosto przed siebie.
Siadając, spodziewałam się, że spojrzy w moją stronę, ale zdawał się mnie nie zauważać.
- Cześć, Edward - powiedziałam z sympatią w glosie, aby pokazać mu, że nie mam
zamiaru robić scen.
Odwrócił się może o milimetr, skinął głową, unikając mojego wzroku, i powrócił do
poprzedniej pozycji.
Wtedy to po raz ostatni udało mi się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt, choć
przecież widywaliśmy się codziennie i dzieliliśmy jedną ławkę. Nie mogąc się powstrzymać,
przyglądałam mu się czasami, ale tylko z daleka - w stołówce albo na parkingu. Zauważyłam
przy okazji, że jego złote oczy z dnia na dzień robią się znów coraz ciemniejsze. W klasie
ignorowałam go jednak tak samo, jak on mnie.
- Złe znosiłam tę sytuację. A co noc wracały sny.
Mimo naszpikowanych kłamstwami maili, Renee wyczula mój i depresyjny nastrój i
zmartwiona kilkakrotnie zadzwoniła. Starałam się przekonać ją, że to tylko wina pogody.
Przynajmniej Mike był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Z początku martwił się, że
bohaterski czyn Edwarda mógł mi zaimponować i zbliżyć do niego, odetchnął, więc z ulgą,
widząc, że jest wręcz odwrotnie. Zrobił się bardziej śmiały i przed lekcją biologii
przesiadywał na brzegu mojej ławki, ignorując Cullena, tak jak on ignorował nas.
Po owym dniu groźnej gołoledzi śnieg zniknął na dobre. Mój wierny towarzysz
żałował, że nie będzie miał już okazji zorganizować bitwy na śnieżki, ale i cieszył się, bo
pogoda miała sprzyjać planowanej wycieczce nad morze. Na razie czekaliśmy na słoneczny
weekend. W deszczu mijały kolejne tygodnie.
Jessica uświadomiła mi, że zbliża się też inny termin. W pierwszy wtorek marca
zadzwoniła z pytaniem, czy nie miałabym nic przeciwko, gdyby zaprosiła Mike'a na bal z
okazji powitania wiosny, który miał się odbyć za dwa tygodnie. Zgodnie z tradycją to
dziewczęta wybierały, z kim chciałyby iść.
- Jesteś pewna, że mogę? Może miałaś go na oku? - drążyła, chociaż
powiedziałam wyraźnie, że daję jej wolną rękę.
- Nie, Jess. W ogóle się tam nie wybieram. - była skora przekonać mnie do
przyjścia. Odnosiłam wrażenie, że woli raczej odcinać kupony od mojej popularności, niż
znosić me towarzystwo.
- Bawcie się dobrze - zakończyłam zachęcająco.
Następnego dnia zauważyłam, że jest wyraźnie przybita. Na przerwach milczała i
bałam się spytać ją, co jest grane. Jeśli Mike dal jej kosza, z pewnością byłam ostatnią osobą,
której chciałaby się zwierzać.
Moje podejrzenia pogłębiły się w czasie lunchu, kiedy usiadła tak daleko od niego, jak
to było możliwe, zajęta ożywioną rozmową z Prikiem. Mike z kolei, po raz pierwszy odkąd
się poznaliśmy milczał jak zaklęty.
Idąc ze mną na biologię, nadal nie był rozmowny, a jego zmartwiona mina nie wróżyła
nic dobrego. Nic poruszył jednak tematu balu dopóki nie znaleźliśmy się w klasie, gdzie jak
zwykle przysiadł na skraju mojej ławki. Jeśli chodzi o sąsiada, nie musiałam nawet na niego
patrzeć, żeby czuć jego elektryzującą obecność. Był na wyciągnięcie ręki, a mimo to
niedostępny niczym wytwór mojej wyobraźni.
- Wiesz - zaczął Mike, wpatrując się w podłogę - Jessica zaprosiła mnie na tę
imprezę za dwa tygodnie.
- Świetnie - odparłam, niby to wielce ucieszona. - Na pewno będziecie się
dobrze bawić.
Zasępił się.
- Widzisz... - nic wiedział, jak mi to powiedzieć. - Poprosiłem ją o trochę czasu do
namysłu.
- A to, dlaczego? - udałam dezaprobatę, choć w głębi ducha ucieszyłam się, że nie
postąpił brutalniej.
Znów wbił wzrok w podłogę i się zarumienił. Żal zmiękczył mi serce. Może go jednak
zaprosić?
- Myślałem, że może, no wiesz, może, może ty chciałaś...
Przez chwilę dałam się ponieść wyrzutom sumienia, ale kątem oka zauważyłam, że
Edward przechylił głowę, jakby czekał na moją odpowiedź.
- Mike, sądzę, że powinieneś przyjąć tamto zaproszenie.
- Już z kimś idziesz? - Czy Edward dostrzegł, że Mike zerknął z niepokojem w
jego stronę?
- Nie, skąd. Nawet się nie wybieram.
- Czemu nie? - chciał wiedzieć Mike.
Nie miałam ochoty przyznać, że tańcząc, stanowię zagrożenie dla siebie i innych, więc
szybko wpadłam na pewien pomysł.
- Jadę w ten dzień do Scattle - wyjaśniłam. Już od dawna chciałam się stąd wyrwać, a
teraz zyskałam dobry pretekst.
- Nie możesz pojechać, kiedy indziej?
- Niestety nie - powiedziałam. - Nie trzymaj Jess dłużej w niepewności, nie
wypada.
- Tak, masz rację - wymamrotał i odrzucony powlókł się na swoje miejsce.
Zacisnęłam powieki i przytknęłam palce do skroni starając się wyprzeć współczucie i wyrzuty
sumienia. Pan Banner zaczął coś mówić. Westchnęłam i postanowiłam wrócić do życia.
Och.
Edward przyglądał mi się uważnie, a w jego czarnych oczach malowało się jeszcze
większe zmartwienie niż kiedyś.
Zaskoczona nie odwróciłam wzroku, przekonana, że zaraz sam to zrobi. Patrzył jednak
dalej, zaglądał w zakamarki duszy, hipnotyzował. Nie mogłam się ruszyć. Zaczęty mi drżeć
dłonie.
- Cullen? - To nauczyciel prosił go o udzielenie odpowiedzi na jakieś pytanie, którego
nawet nie usłyszałam.
- Cykl Krebsa - rzucił Edward, niechętnie, jak mi się zdawało, przenosząc wzrok na
pana Bannera.
Uwolniona z pęt jego magnetycznego spojrzenia, natychmiast zajrzałam do
podręcznika, chcąc znaleźć odpowiedni fragment. Tchórzliwa jak zawsze, zgarnęłam włosy
na prawe ramię, żeby przesłonić twarz. Nie mogłam uwierzyć, że był w stanie aż tak
wyprowadzić mnie z równowagi - tylko, dlatego, że spojrzał na mnie po raz pierwszy od
sześciu tygodni. Nie mogłam pozwolić na to, by miał nade mną tak wielką władzę. Było to
żałosne, więcej, było to niezdrowe.
Przez resztę lekcji próbowałam wmówić sobie, że go tam wcale nie ma, a dokładniej,
ponieważ było to niemożliwe, przynajmniej udawać przed nim, że jeśli o mnie chodzi, to go
tam wcale nie ma. Kiedy w końcu zabrzęczał dzwonek, zaczęłam się pakować odwrócona do
swojego sąsiada plecami, spodziewając się, że wyjdzie z klasy pierwszy, jak to miał w
zwyczaju.
- Bello? - Byłam na siebie zła, że ten głos budzi we mnie takie uczucie, jakbym znała
go od dzieciństwa, a nie zaledwie od paru tygodni.
Obróciłam się powoli, niechętnie. Miałam się na baczności, Wiedziałam, że i jego
twarz wzbudzi we mnie emocje, z których byłam dumna. Spojrzałam mu w oczy. Milczał, a
jego mina nie zdradzała, jakie ma zamiary.
- Co? - powiedziałam w końcu. - Nagle chce ci się ze mną gadać? - W moim głosie
dało się wyczuć niezamierzoną nutę rozdrażnienia.
Jego wargi zadrgały, ale się nie uśmiechnął.
- Nie, nie za bardzo - przyznał.
Zacisnęłam powieki i zaczęłam oddychać powoli przez nos, świadoma tego, że niemal
zgrzytam zębami ze złości. Edward nadal czekał na jakąś reakcję z mojej strony.
- No to, o co ci chodzi? - warknęłam, nie otwierając oczu. Tylko w ten sposób byłam
w stanie się kontrolować.
- Wybacz mi. - O dziwo, zabrzmiało to szczerze. - Wiem, że moje zachowanie jest
karygodne. Ale, uwierz, to najlepsze rozwiązanie.
Otworzyłam oczy. Miał bardzo poważny wyraz twarzy.
- Nie rozumiem. O co chodzi? - spytałam, zachowując spokój.
- Lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą bliższych kontaktów -
wyjaśnił. - Zaufaj mi.
Skrzywiłam się. Stara śpiewka.
- Szkoda tylko, że dopiero teraz na to wpadłeś - wycedziłam. - Nie miałbyś
przynajmniej, czego żałować.
- Co takiego? - Wzmianką o żalu i zjadliwym tonem najwyraźniej zbiłam go z
pantałyku. - Czego żałować?
- Ze cię poniosło i wypchnąłeś mnie spod kół samochodu.
Moje przypuszczenie go zaszokowało. Patrzył na mnie z nie dowierzaniem.
Gdy w końcu się odezwał, słychać było, że traci cierpliwość.
- Myślisz, że żałuję uratowania ci życia? - Ba, jestem o tym przekonana.
- Wydajesz osąd w sprawie, o której nie masz najmniejszego pojęcia - stwierdził
wściekły.
Odwróciłam gwałtownie głowę, z trudem powstrzymując przed wykrzyczeniem mu w
twarz wszystkich oskarżeń, jakie miałam w zanadrzu. Zebrałam z blatu swoje rzeczy,
zerwałam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Zamierzałam wyjść z gracją godną tej
dramatycznej sceny, ale oczywiście zaczepiłam butem o framugę i książki rozsypały mi się po
podłodze. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ich tam nie zostawić. W końcu westchnęłam i
zabrałam się do zbierania, ale nim zdążyłam się schylić, Edward mnie wyręczył. W jego
oczach nie było widać jednak cienia sympatii.
- Dziękuję - powiedziałam chłodno. Spojrzał na mnie z niechęcią.
- Nie ma, za co.
Ponownie odwróciłam się do niego plecami i odeszłam szybko do sali gimnastycznej,
nic oglądając się za siebie.
WF był koszmarny. Przeszliśmy do koszykówki. Członkowie mojej drużyny, dzięki
Bogu, nigdy nie podawali mi piłki, ale często się przewracałam, nieraz pociągając za sobą
innych. A dziś szło mi jeszcze gorzej niż zwykle, bo głowę miałam pełną Edwarda.
Próbowałam koncentrować się na swoich stopach, ale w najważniejszych momentach gry
znów wkradał się do moich myśli.
Jak zwykle odetchnęłam z ulgą, gdy mogłam wreszcie pojechać do domu. Niemal
dobiegłam do furgonetki - w szkole roiło się od łudzi, których wolałam unikać. Moje auto
wyszło z wypadku prawie bez szwanku - musiałam tylko wymienić tylne światła, lakier i tak
wszędzie odłaził. Tymczasem rodzice Tylera sprzedali swój wóz na części.
Gdy wyszłam zza rogu i zobaczyłam, że ktoś wysoki czeka na mnie przy
samochodzie, stanęłam jak wryta. Mało brakowało, żebym dostała zawału. Po chwili
zorientowałam się jednak, że to tylko Eric, i uspokojona podeszłam bliżej.
- Cześć.
- Cześć, Bella.
- Jak tam lekcje? - spytałam bez większego zainteresowania, otwierając drzwiczki. Nie
zwróciłam uwagi na to, że jest nieco zakłopotany, więc zupełnie zaskoczył mnie swoim
pytaniem.
- Zastanawiałem się, czy, no, czy nie poszłabyś ze mną na ten bal na powitanie
wiosny. - Z trudem dobrnął do końca.
- Myślałam, że to dziewczyny wybierają. - Z wrażenia zapomniałam o dyplomacji.
- No, właściwie to tak - przyznał zawstydzony.
Doszłam już do siebie i zdobyłam się na ciepły uśmiech. - To bardzo miło z twojej
strony, ale akurat w tę sobotę jadę do Scattle.
- Ach. No cóż, może innym razem.
- Tak, innym razem. - Miałam nadzieję, że nie potraktuje tego jak obietnicę.
Odszedł przygarbiony w kierunku szkoły. Ktoś prychnął.
Edward mijał właśnie moją furgonetkę, patrząc prosto przed siebie, z zaciśniętymi
ustami. Otworzyłam pospiesznie drzwiczki szoferki, wskoczyłam do środka i zatrzasnęłam je
z hukiem za sobą. Zmuszając silnik do wycia, wycofałam gwałtownie i byłam już gotowa
ruszyć w stronę szosy, gdy na drodze stanął mi samochód Cullena, który także dopiero, co
opuścił parking. Jego kierowca wyłączył silnik i najwyraźniej zamierzał poczekać na
rodzeństwo - widziałam, jak się zbliżają, ale byli jeszcze daleko. Miałam ochotę staranować
tył jego lśniącego volvo, ale doszłam do wniosku, że jest za dużo świadków. Zerknęłam w
lusterko. Zaczynała formować się kolejka - Tuż za mną, w kupionej niedawno używanej
Sentrze, siedział Tyler Crowley. Pomachał mi przyjaźnie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by
bawić się w uprzejmości. Wbiłam wzrok w jakiś kąt, byle tylko nie widzieć obu chłopaków.
Nagle ktoś zapukał w szybę po mojej lewej stronic. Był to Tyler - Zdziwiona
sprawdziłam w lusterku, że słuch mnie nie myli - nie wyłączył nawet silnika, a drzwiczki
zostawił otwarte na oścież.
Chwyciłam korbkę i z wielkim trudem otworzyłam okno tylko do połowy -
Przepraszam. to Cullen mnie blokuje. - Zirytowałam się jeszcze bardziej, bo chyba każdy
widział, że korek nie powstał z mojej winy.
- Ach to. Wiem, jasne. Chciałem cię tylko o coś zapytać przy okazji. -
Uśmiechnął się promiennie.
Tylko nie to, pomyślałam.
- Zaprosiłabyś mnie na ten bal wiosenny?
- Jadę na cały dzień do Seattle. - Zabrzmiało to chyba nieco niegrzecznie i
zrobiło mi się głupio. Przecież to nie jego wina, że Mike i Eric zdążyli już zużyć moją
dzienną rację cierpliwości.
- No tak, Mike coś wspominał - przyznał Tyler. - Miałem nadzieję, że to tylko
taka gadka, żeby go spławić.
No dobra, facet sam był jednak sobie winny.
- Przykro mi - powiedziałam, starając się ukryć rozdrażnienie - ale naprawdę tego dnia
nie będzie mnie w Forks.
- Nie ma sprawy. Przed nami jeszcze bal absolwentów.
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, obrócił się na pięcie i wrócił do swojego auta.
Musiałam wyglądać na osobę w głębokim szoku. Sprawdziłam sytuację na drodze. Alice,
Rosalie, Emmett i Jasper sadowili się właśnie w volvo. W lusterku ich wozu dostrzegłam
oczy Edwarda. Nie było najmniejszych wątpliwości, że chłopak trzęsie się ze śmiechu, jakby
doszło jego uszu każde słowo Tylera. Moja oparta o pedał gazu stopa zadrżała niecierpliwie.
Jedno małe wgniecenie nikomu by nie zaszkodziło, a lakier volvo świecił tak kusząco...
Wcisnęłam pedał.
Niestety, cala piątka zdążyła już wsiąść i Edward ruszył w tym samym momencie.
Jechałam do domu powoli i ostrożnie, mamrocząc pod nosem.
Na obiad postanowiłam przyrządzić tortille nadziewane kurczakiem. Miałam nadzieję,
że skupiona nad tym pracochłonnym daniem będę w stanic odegnać uporczywe myśli. Kiedy
podsmażałam cebulę z papryczkami chilli, zadzwonił telefon. Niechętnie podniosłam
słuchawkę, bojąc się, że to jedno z rodziców.
Dzwoniła podekscytowana Jessica - Mike złapał ją po szkol i przyjął zaproszenie.
Pogratulowałam jej, mieszając zawartość rondla. Jess nie miała dla mnie zbyt wiele czasu,
chciała jeszcze podzielić się nowiną z Angelą i Lauren. Ta pierwsza była tą nieśmiałą
dziewczyną, która chodziła ze mną na biologię, a druga, nieco nadęta, siedziała z nami w
stołówce, ale nie zwracała na mnie uwagi. Zasugerowałam tonem niewiniątka, że może
Na bal absolwentów, organizowany niekoniecznie na samo zakończenie roku mogą przyjść także uczniowie
innych klas.
Angela mogłaby zaprosić Erica, a Lauren Tylera, który, jak niby słyszałam, był nadal wolny.
Mój pomysł przypadł koleżance do gustu. Uspokojona zgodą Mike'a, tym razem szczerze
zachęcała mnie do pójścia na zabawę. Po raz kolejny wymigałam się zakupami w Seattle.
Po rozmowie z Jess próbowałam skoncentrować się na obiedzie, zwłaszcza przy
krojeniu kurczaka w kostkę - nie uśmiechała mi się kolejna wizyta na pogotowiu. Nie było to
jednak łatwe, bo wciąż wracałam myślami do tego, co Edward mi dziś powiedział,
analizowałam każde jego słowo. Dlaczego uważał, że nie powinniśmy zostać przyjaciółmi?
Nagle zrozumiałam i poczułam się jak zupełna idiotka. Tak, to musiało być to.
Zauważył, jak na niego reaguję, jak śledzę go wzrokiem. Tu nie chodziło o przyjaźń, więc, po
co miałby mnie nią łudzić. Po co dawać mi nadzieję? Nic byłam w jego typie, nie mia łam
szans.
Przecież to oczywiste, że nie mam u niego szans, pomyślałam, ganiąc się za naiwność.
Oczy mnie piekły, ale to, dlatego, że parę minut wcześniej kroiłam cebulę. To on z nas
dwojga był chodzącym ideałem, prawda? Co za facet! Intrygujący, błyskotliwy, przystojny,
tajemniczy... A do tego najprawdopodobniej potrafił podnosić auta jedną ręką.
Będę twarda, obiecałam sobie. Mogę dać sobie z nim spokój. Dam sobie z nim spokój.
Przetrwam dobrowolne zesłanie, a potem, jeśli mi się poszczęści, jakaś szkoła z
południowego zachodu albo Hawajów zaoferuje mi stypendium. Pakując tortille do
piekarnika, wyobrażałam sobie palmy i gorące plaże.
Charlie wyglądał na zaniepokojonego, kiedy po powrocie do domu wyczuł zapach
zielonej papryki. Miał prawo być podejrzliwy - najbliższa meksykańska knajpa, w której
można było się stołować bez obaw, znajdowała się zapewne w południowej Kalifornii. Ale
jako gliniarz, choćby i z małego miasta, zebrał w sobie dość odwagi, by spróbować mojego
dzieła. I chyba mu smakowało. Przyjemnie było obserwować, jak stopniowo nabiera zaufania
do mojej kuchni.
- Tato? - spytałam, gdy już kończył posiłek.
- Co tam, Bello?
W przyszłą sobotę chcę wybrać się na cały dzień do Seattle. To jest, jeśli nie masz nic
przeciwko. - Zamierzałam nie prosić o pozwolenie, żeby nie ustanawiać niewygodnego
precedensu, ale w końcu wyrzuciłam to z siebie, żeby ojciec nie poczuł się obrażony.
- Do Seattle? Ale po co? - Charliemu najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że
można mieć potrzeby, których nie da się zaspokoić w Forks.
- Chciałabym kupić parę książek, bo tutejsza biblioteka nic jest najlepiej
zaopatrzona, i może połazić trochę po sklepach z ciuchami. - Miałam większe oszczędności
niż zwykle, bo dzięki hojności ojca nie musiałam zapłacić za furgonetkę. Chociaż rachunki za
paliwo zwalały z nóg.
- Wydasz majątek na benzynę - zauważył Charlie, jakby czytał mi w myślach.
- Wiem. Będę musiała zatrzymać się w Montesano i w Olympii, może jeszcze w
Tacomie, jeśli będzie trzeba.
- I pojedziesz tak zupełnie sama? - Nie wiedziałam, czy boi się, że auto mi
padnie, czy że ukrywam przed nim, że mam chłopaka.
- Zupełnie sama.
- Seattle to wielkie miasto - postraszył mnie. - Tato Phoenix jest pięć razy
większe, no i przecież wezmę plan. Poradzę sobie.
- Mam pojechać z tobą?
Wzdrygnęłam się w duchu na samą myśl o tym, ale nie dałam nic po sobie poznać.
Postanowiłam użyć starego babskiego chwytu.
- Czy ja wiem, cały dzień spędzę pewnie w przymierzalniach...
- No dobra, niech ci będzie - uciął szybko. Nawet kwadrans w sklepie z odzieżą
damską byłby dla niego udręką.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się przymilnie.
- Zdążysz na bal?
Dobry Boże, ojciec też o nim wiedział. W tej mieścinie było to chyba wydarzenie
roku.
- Nie idę, nie... nie lubię tańczyć. - Miałam nadzieję, że kto, jak kto, ale on zrozumie
prawdziwy powód. W końcu nie odziedziczyłam problemów z koordynacją ruchową po
mamie.
- Zrozumiał.
- No tak, jasne - mruknął po namyśle.
Następnego dnia pod szkołą zaparkowałam jak najdalej od srebrnego Volvo. Wolałam
się nie wystawić na pokuszenie, a i nie stać by mnie było na pokrycie ewentualnych szkód.
Wysiadając z auta, upuściłam niechcący kluczyki prosto w kałużę. Schyliłam się, żeby je
podnieść, ale ktoś błyskawicznie sprzątnął mi je sprzed nosa - mignęła mi tylko blada dłoń.
Wyprostowałam się szybko, zaskoczona. Tuż obok mnie stał Edward Cullen, oparty
nonszalancko obok mojej furgonetki.
- Jak u licha to zrobiłeś? - spytałam zdumiona i poirytowana zarazem.
- Co takiego? - Upuścił kluczki na moja wyciągniętą dłoń.
- Zmaterializowałeś się, czy co? Przed sekundą cię tu jeszcze nie było.
- Bello, to doprawdy nie moja wina, że jesteś nadzwyczaj mało spostrzegawcza. - Głos
miał jak zwykle cichy, aksamitny, przytłumiony.
Spojrzałam mu prosto w twarz. Jego oczy zdążyły pojaśnieć i stały się miodowo
złociste. W głowie mi zawirowało. Musiałam spuścić wzrok, żeby zebrać myśli.
- A może wyjaśniłbyś mi, po co wczoraj blokowałeś wyjazd z parkingu? -
zażądałam, nadal wpatrując się w ziemię. - Myślałam, że masz zamiar udawać, że nie istnieję,
a nie doprowadzać mnie do szału.
- Nie chodziło o ciebie, tylko o Tylera - zaszydził. - Mam dobre serce. I
chłopczyna mądrze skorzystał z okazji.
- Ty... - Zabrakło mi słów. Zagotowało się we mnie. Spodziewałam się niemal,
że Edward odskoczy naprawdę oparzony, ale cała ta sytuacja wydawała się go wyłącznie
bawić.
- Nie udaję też wcale, że nie istniejesz - dodał.
- A więc masz zamiar doprowadzać mnie do szału, tak? Aż w końcu szlag mnie
trafi? No cóż, jakoś trzeba się mnie pozbyć, skoro vanowi Tylera się nie udało.
Rozgniewałam go. Zacisnął wargi. Pobłażliwy uśmiech zniknął.
- Twoje przypuszczenia są absurdalne - powiedział lodowatym tonem.
Aż świerzbiły mnie ręce, tak bardzo chciałam coś uderzyć. Zaskoczyło mnie to, nigdy
wcześniej nie było we mnie tyle agresji. Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w kierunku
szkoły.
- Czekaj! - zawołał. Szlam dalej, gniewnie rozbryzgując wodę w mijanych kałużach,
ale zaraz mnie dogonił.
- Przepraszam, zachowałem się niegrzecznie - powiedział.
Puściłam tę uwagę mimo uszu. - Nie mówię, że odwołuję to, co powiedziałem -
ciągnął - ale niemniej było to niegrzeczne.
- Dlaczego się ode mnie nie odczepisz? - rzuciłam opryskliwie.
- Chciałem cię o coś spytać, ale nie dałaś mi dojść do głosu - zaśmiał się.
Najwyraźniej szybko wrócił mu dobry humor.
- Masz rozdwojenie jaźni, czy co? - skomentowałam.
- Widzisz, znowu zaczynasz.
Westchnęłam.
- Dobra. O co chciałeś zapytać?
- W następną sobotę jest ten bal wiosenny...
- Myślisz, że jesteś dowcipny? - przerwałam mu, przystając gwałtownie i zwracając
się w jego stronę. Musiałam podnieść głowę; deszcz lał mi się prosto na twarz.
Uśmiechał się jak złośliwy chochlik.
- Pozwolisz, że skończę?
Zagryzłam wargi i splotłam dłonie, żeby opanować wszelkie gwałtowne odruchy.
- Słyszałem, że zamiast na bal wybierasz się tego dnia do Seattle. Może miałabyś
ochotę załapać się na darmowy transport?
Tego się nie spodziewałam.
- Co? - Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam.
- Chciałabyś się załapać na darmowy transport?
- A kto jedzie do Seattle? - Ciężko mi się przy nim myślało. Jakoś nikt nie
przychodził mi do głowy.
- Ja, a któżby inny? - Popatrzył na mnie, jakby miał do czynienia z kimś
opóźnionym umysłowo.
Byłam w szoku.
- Skąd taki gest?
- I tak zamierzałem pojechać jakoś w tym miesiącu. Poza tym, szczerze mówiąc,
nie wierzę, że twoja furgonetka dojedzie do celu.
- Jestem wzruszona twoją troską, ale nie martw się, auto świetnie się spisuje. -
Ruszyłam w stronę szkoły, zostawiając Edwarda z, tylu, choć, zaskoczona propozycją, nie
byłam już na niego taka zła.
- Ale na jednym baku nie dojedzie, prawda? - zawołał, zrównując się ze mną.
- A co cię to obchodzi? - Ach, ci zarozumiali posiadacze volvo.
- Wszyscy powinni przeciwstawiać się marnotrawieniu nieodnawialnych źródeł
energii.
- Wiesz, co, Edward... - Gdy wymawiałam jego imię, przeszył mnie dreszcz, i bardzo
mi się to nie spodobało. - Naprawdę nie nadążam za tobą. Jeszcze nie tak dawno twierdziłeś,
że nie chcesz się ze mną kolegować.
- Powiedziałem, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy utrzymywać ze sobą
bliższych kontaktów, a nie, że nie chcę ich utrzymywać.
- Dzięki, teraz już wszystko rozumiem - rzuciłam z sarkazmem. Zorientowałam
się, że znowu przystanęliśmy. Tym razem jednak przed deszczem chronił nas daszek nad
wejściem do stołówki i mogłam uważniej przyjrzeć się memu rozmówcy. Co rzecz jasna, nie
pomagało mi w koncentracji.
- Byłoby... roztropniej, gdybyśmy nie zostali przyjaciółmi - wyjaśnił. - Ale mam już
dość zmuszania się do ignorowania ciebie, Bello.
Przy tym ostatnim zdaniu w jego oczach pojawiło się jakieś silne, nienazwane uczucie.
Niski głos amanta pieścił uszy. Zapomniałam, jak się nazywam.
- Pojedziesz ze mną do Seattle? - spytał takim tonem, jakby chodziło o oświadczyny.
Mowę mi odjęło, więc skinęłam tylko głową. Po jego twarzy przemknął uśmiech, ale
szybko przybrał poważną minę.
- Co nie zmienia faktu, że naprawdę powinnaś się trzymać ode mnie z daleka -
ostrzegł. - Do zobaczenia na biologii.
Odwrócił się i odszedł w kierunku, z którego przyszyliśmy.
Niesamowite zdarzenie
3 Niesamowite zdarzenie
Kiedy następnego ranka otworzyłam oczy, coś mi się nie zgadzało.
Było jakoś jaśniej.
Sypialnię nadal wypełniało szarozielone światło właściwe pochmurnemu dniu w
środku lasu, ale zdecydowanie jaskrawsze. W dodatku zdałam sobie sprawę, że na zewnątrz
nie zalega mgła.
Rzuciłam się do okna i jęknęłam zdegustowana.
Zarówno podjazd, jak i drogę pokrywała cienka warstwa śniegu. Nawet dach mojego
auta wyglądał jak obsypany mąką. Ale nie to było najgorsze. Pozostałości wczorajszego
deszczu zamieniły się w lód, przyozdabiając igły drzew niesamowitymi, bajkowymi
koronkami. Jednym słowem: gołoledź. Miałam dość kłopotów z utrzymaniem się na nogach
przy cieplejszej pogodzie - najchętniej wcale nie wychodziłabym z łóżka.
Kiedy zeszłam na dół, Charlie zdążył już pojechać do pracy. Mieszkając z nim,
czułam się poniekąd tak, jakbym była dorosła i miała własny dom. Nie było mi z tym źle -
rozkoszowałam się samotnością.
Zjadłam szybko miskę płatków i wypiłam trochę soku pomarańczowego. Byłam
podekscytowana i nieco mnie to przerażało. Wiedziałam, co jest grane. Nie było mi spieszno
ani chłonąć wiedzę, ani gwarzyć z nowymi znajomymi. Jeśli chciałam być wobec siebie
szczera, musiałam przyznać, że cieszę się strasznie na myśl o kolejnym dniu w szkole,
ponieważ nie mogę się doczekać ponownego spotkania z Edwardem Cullenem. Bardzo to
było niemądre z mojej strony.
Uważałam, że poprzedniego dnia zrobiłam z siebie idiotkę i powinnam raczej zacząć
go unikać. No i czemu kłamał, że nie nosi kontaktów? To było podejrzane. Nadal bałam się
także wrogości, jaka czasem od niego bila, i traciłam rozum, gdy tylko przypominałam sobie,
jak idealne ma rysy twarzy. Zdawałam sobie sprawę, że to facet z innej bajki - górował nade
mną na każdym polu. Po co zawracać sobie głowę kimś takim?
Przejście od drzwi wejściowych do furgonetki wymagało wyjątkowego skupienia. Tuż
przy aucie straciłam na chwilę równowagę, ale udało mi się w porę podeprzeć o boczne
lusterko. Dzień zapowiadał się koszmarnie.
W drodze do szkoły nareszcie zapomniałam na jakiś czas leku przed upadkiem na
lodzie i tajemniczym Edwardzie, zaczęłam za to analizować zachowanie Mike'a i Erica.
Nigdy wcześniej nie miałam takiego powodzenia u chłopców, choć przecież od wyjazdu z
Phoenix nic zmieniłam się wcale fizycznie. Może po prostu moi starzy koledzy traktowali
mnie wciąż jak niezgrabną małolatę, którą w końcu byłam przez parę dobrych lat? Może
miejscowi faceci byli spragnieni nowości? Rzadko widywali nowe twarze. Wreszcie, może
uważali moją niezdarność za coś uroczego i chcieli się mną po rycersku zaopiekować? Tak
czy siak, nie wiedziałam za bardzo, co począć z moim golden retrieverem i jego rywalem.
Chyba jednak wolałam, kiedy nie zwracano na mnie uwagi.
Mój samochód dobrze się spisywał na lodzie. Mimo to jechałam bardzo powoli, nie
chcąc doprowadzić do karambolu na głównej ulicy miasteczka.
Gdy wysiadłam pod szkołą, zobaczyłam, czemu zawdzięczam tę niezwykłą
przyczepność. Mignęło mi coś srebrnego, podeszłam, więc do tylnych kół sprawdzić, co to.
Przezornie cały czas trzymałam się wozu. Okazało się, że każda opona owinięta jest siatką
cienkich łańcuchów, tworzących na czarnym tle mozaikę ze srebrnych rombów. Charlie
musiał wstać Bóg wie jak wcześnie, żeby zamocować te zabezpieczenia. Wzruszenie
chwyciło mnie za gardło. Nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby ktoś się o mnie troszczył.
Czuły gest taty zupełnie mnie zaskoczył. Może nie mówił za dużo, ale o mnie myślał.
Stałam tak za swoją furgonetką, walcząc z falą roztkliwienia, kiedy moich uszu
dobiegł jakiś dziwny dźwięk.
Przypominał przykry, wysoki odgłos, jaki czasem w zetknięciu z tablicą wydaje kreda,
ale nie ustawał, a przybierał na sile. Zaniepokojona odwróciłam głowę.
Choć nic nie ruszało się w zwolnionym tempie, jak to bywa w filmach, dostrzegłam
wiele rzeczy naraz. Widocznie raptowny wyrzut adrenaliny polepszył moją zdolność
postrzegania.
Cztery auta dalej stal Edward Cullen i wpatrywał się we mnie z przerażeniem w
oczach. To jego twarz zapamiętałam najlepiej, choć ze strachu zamarli i pozostali uczniowie.
Ale nie to było w tej scenie najważniejsze. Po oblodzonej powierzchni parkingu, wirując
bezładnie, pędził granatowy van. Jego system kierowniczy odmówił posłuszeństwa, hamulce
piszczały ostatkiem sił. Pędził wprost na mój samochód, a ja stałam mu na drodze. Nie zdążyłam
nawet zamknąć oczu.
Tuż przed tym, jak usłyszałam porażający zgrzyt vana, który wygiął się przy
zderzeniu, niemal owijając wokół tyłu furgonetki, coś mnie uderzyło, mocno i nie z tego
kierunku, z którego się spodziewałam. Walnęłam głową o lodowaty asfalt i poczułam, że
przyciska mnie do ziemi coś dużego i chłodnego. Leżałam nieopodal beżowego aula, koło
którego zaparkowałam, nie mogłam jednak się rozejrzeć, ponieważ, odbiwszy się od
przeszkody, wygięty van nadal sunął rotacyjnym ruchem w moim kierunku. Lada chwila
znów miałam szansę stać się jego ofiarą.
Usłyszałam wymówione cicho przekleństwo i uświadomiłam sobie, że nie leżę sama.
Tego głosu nie sposób było pomylić. Dwie obejmujące mnie od tyłu ręce rozluźniły uścisk i
wyprostowały się, jakby ich właściciel miał nadzieję, że zdoła zatrzymać zbliżające się auto.
Van zatrzymał się jakieś trzydzieści centymetrów od mojej twarzy, tak, że dłonie mojego
towarzysza spoczywały teraz w głębokim wgnieceniu w boku pojazdu, które zrządzeniem
losu miało pasujący do nich kształt.
I znów wszystko przyspieszyło. Jedna z dłoni znalazła się nagle celowo gdzieś pod
wrakiem, vana, a coś odciągnęło mnie raptownie do tyłu, szorując moimi nogami po asfalcie,
jakby należały do szmacianej lalki, aż wreszcie uderzyły o oponę beżowego samochodu. W
tym samym momencie van obrócił się odrobinę do akompaniamentu ogłuszającego szczęku
blach i pękła jedna z jego szyb, pokrywając asfalt setkami odłamków. To właśnie w tym
miejscu jeszcze przed sekundą znajdowały się moje nogi.
Zapanowała cisza. Trwała zapewne ledwie sekundę, a potem rozległy się krzyki.
Mimo harmidru udało mi się kilkakrotnie wyłapać swoje imię. Ale przede wszystkim
słyszałam niski szept zdenerwowanego Edwarda:
- Bello? Nic ci nie jest?
- Nie. - Mój glos brzmiał jakoś dziwnie. Chciałam usiąść, kiedy zdałam sobie sprawę,
że chłopak trzymał mnie cały ten czas w żelaznym uścisku.
- Uważaj - ostrzegł mnie, widząc, że staram się podnieść. - Sądzę, że uderzyłaś się w
głowę naprawdę mocno.
Rzeczywiście - dopiero teraz poczułam silny, pulsujący ból nad lewym uchem.
- Au - syknęłam zaskoczona.
- A nic mówiłem. - Zdawało mi się, że pomimo naszego położenia, musi hamować
śmiech.
- Jak, u licha... - przerwałam, żeby przypomnieć sobie dokładnie przebieg
wypadku. - Jakim cudem udało ci się podbiec tak szybko?
- Stałem tuż obok, Bello - odpowiedział, tym razem poważnym tonem.
Ponownie spróbowałam usiąść. Tym razem wypuścił mnie z objęć i odsunął się, jak
mógł najdalej przy tak ograniczonej przestrzeni. Przyglądał mi się niewinnie, z troską.
Magnetyczne spojrzenie jego złotych oczu znów podziałało na mój mózg paraliżująco. O
czym to ja mówiłam?
I wtedy nas znaleźli. Szybko otoczył nas tłum zapłakanych, rozhisteryzowanych ludzi.
- Tylko się nie ruszajcie - ktoś nam poradził.
- Wyciągnijcie Tylera z auta! - krzyknął ktoś inny. Zaczęła się nerwowa
krzątanina. Chciałam wstać, ale powstrzymała mnie lodowata dłoń Edwarda.
- Siedź spokojnie.
- Zimno mi - pożaliłam się. Ze zdziwieniem zauważyłam, że znów stłumił
prychnięcie. - Tam stałeś - przypomniało mi się nagle i już nie było mu do śmiechu. - Koło
swojego samochodu.
- Wcale nie - zaprotestował agresywnie.
- Sama widziałam. - Wokół nas panował chaos. Do moich uszu dotarły surowe
głosy pierwszych przybyłych dorosłych. Uparcie ciągnęłam tę absurdalną kłótnię.
Wiedziałam, że mam rację. Facet musi się przyznać.
- Bello, stałem obok ciebie i w porę popchnąłem. - Wpatrywał się we mnie z
porażającą mocą, jakby chciał mi w ten sposób coś przekazać.
- Nieprawda. - Zacisnęłam zęby.
- Proszę, Bello. - Złote oczy rozbłysły.
- Czemu miałabym to robić? - drążyłam uparcie.
- Zaufaj mi - poprosił swoim zniewalającym głosem. Moich uszu doszło wycie
syren.
- Obiecujesz, że wszystko mi później wyjaśnisz?
- Obiecuję - rzucił zniecierpliwiony.
- Dobra. - Ale byłam na niego zła.
Dopiero sześciu sanitariuszy i dwóch nauczycieli - pan Verner i trener Clapp - zdołało
przesunąć vana na tyle, żeby można było dojść do nas z noszami. Edward stanowczo odmówił
skorzystania z tej formy transportu, ale gdy próbowałam iść w jego ślady, zdrajca powiedział
ekipie ratunkowej, że uderzyłam się w głowę i mogę mieć wstrząs mózgu. Kiedy założono mi
na szyję kołnierz ortopedyczny, niemal umarłam z upokorzenia. Chyba cała szkoła wyległa
przyglądać się, jak wsadzają mnie do ambulansu. Edward załapał się na miejsce koło
kierowcy. Swoją butą działał mi na nerwy.
Co gorsza, zanim ruszyliśmy, na miejscu wypadku pojawił się komendant Swan.
- Bella! - krzyknął przerażony, kiedy zorientował się, kto leży na noszach.
- Nic mi nie jest Cha... tato - westchnęłam. - Naprawdę, nie ma się czym przejmować.
Zaczepił pierwszego z brzegu sanitariusza z prośbą o szczegółu Nie słuchałam, o
czym rozmawiają, odpłynęłam. Głowę miałam pełną chaotycznych, niespokojnych strzępków
wspomnień. Niektórych faktów nie potrafiłam sobie wytłumaczyć. Chwilę temu, kiedy
transportowano mnie na noszach, miałam okazję rzucić okiem na głębokie wgłębienie
powstałe w zderzaku beżowego wozu - bardzo charakterystyczne wgłębienie, pasujące jak
ulał do kształtu ramion Edwarda... Jakby chłopak miał w sobie dość siły, żeby wgnieść
zderzak, po prostu napierając na niego...
Albo twarze jego braci i sióstr, przyglądających się nam z pewnej odległości:
malowały się na nich różne uczucia, od dezaprobaty po wściekłość, ale żadne z rodzeństwa
nic wydawało się ani trochę przestraszone.
Usiłowałam znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie dla tych spostrzeżeń -
wytłumaczenie inne niż to, że oszalałam.
Do szpitala zajechaliśmy, rzecz jasna, w eskorcie policji. Gdy mnie wynoszono z
karetki, czułam, że robię z siebie pośmiewisko. W dodatku Edward wszedł do budynku
energicznym krokiem, jak gdyby nigdy nic. Odprowadziłam go nienawistnym spojrzeniem.
Trafiłam na miejscową urazówkę, długą salę z rzędem łóżek oddzielonych od siebie
pastelowymi zasłonkami. Pielęgniarka owinęła mi rękę mankietem ciśnieniomierza, a pod
językiem umieściła termometr. Ponieważ nikt nie pofatygował się, żeby zaciągnąć zasłonki i
zapewnić mi nieco prywatności, stwierdziłam, że pewnie nic takiego mi nie jest i nie muszę
już mieć na sobie tego idiotycznego kołnierza ortopedycznego. Gdy tylko siostra odeszła,
szybko go zdjęłam i cisnęłam pod łóżko.
Po chwili w licznej asyście wniesiono kolejne nosze i koło mnie spoczął nowy pacjent.
Rozpoznałam Tylera Crowleya, który chodził ze mną na WOS. Głowę miał ciasno owiniętą
zakrwawionymi bandażami, wyglądał, więc dużo gorzej ode mnie, ale mimo to Przyglądał mi
się z niepokojem.
- Bello, nie wiem, jak cię prosić o wybaczenie.
- Nic się nie stało, Tyler. A co z tobą, jak się czujesz? - Pielęgniarki odwijały
właśnie jego bandaże, odsłaniając niezliczone płytkie nacięcia na czole i policzku.
Moje pytanie puścił mimo uszu.
- Myślałem, że cię zabiję! Jechałem za szybko i przez ten lód... - Skrzywił się,
kiedy jedna z sióstr zaczęła przemywać mu skaleczenia.
- Spokojnie. Najważniejsze, że we mnie nie wjechałeś.
- Jak ci się udało uciec? Stałaś koło auta i nagle już cię nie było.
- Eee... Edward skoczył i pociągnął mnie ze sobą.
- Kto taki? - zdziwił się Tyler.
- Edward Cullen. Wiesz, stał tuż obok. - Zawsze był ze mnie kiepski kłamca.
Nie zabrzmiało to zbytnio przekonująco.
- Cullen? Jakoś go przegapiłem. No, ale wszystko działo się tak szybko. Nic mu
nie jest?
- Chyba nie. Też tutaj trafił, ale nie kazali mu leżeć na noszach.
Wiedziałam już przynajmniej, że nie zwariowałam. Ale jakim cudem Edward mnie
uratował? Pozostawało to zagadką.
Później odwieziono mnie na wózku na prześwietlenie głowy. Upierałam się, że nic mi
nie jest, i miałam rację. Nic nie wskazywało choćby na wstrząs mózgu. Spytałam się, czy
mogę już iść do domu, ale pielęgniarka kazała mi poczekać na lekarza. Uwięziona na oddziale,
musiałam znosić tyrady korzącego się Tylera. Obiecywał, że mi to wszystko jakoś
wynagrodzi, i zadręczał się, choć powtarzałam, że nic takiego się nie stało. W końcu
zamknęłam po prostu oczy i zaczęłam go ignorować. Teraz mógł tylko mamrotać coś pod
nosem.
- Czy ona śpi? - zapytał nagle melodyjny glos.
Edward stal w nogach mojego łóżka i uśmiechał się nonszalancko. Spojrzałam na
niego z wyrzutem, choć łatwiej byłoby mi gapić się, śliniąc.
- Cześć, Edward. - Tyler znalazł dla siebie nową ofiarę. - Naprawdę, tak mi...
Cullen uciszył go zdecydowanym gestem.
- Nie ma krwi, nie ma żalu - powiedział, odsłaniając przy okazji swoje fantastyczne,
śnieżnobiałe zęby. Przysiadł na skraju łóżka Tylera, odwrócony w moją stronę, i znów się
uśmiechnął.
- No i jaka diagnoza? - zapytał.
- Nic mi nie jest, ale muszę tu siedzieć - pożaliłam się. - Jak ci się udało uniknąć
noszy, co?
- Mam znajomości - odparł. - Nic się nie martw. Zaraz wyjdziesz na wolność.
W tym samym momencie na horyzoncie pojawił się lekarz i chcąc nie chcąc
rozdziawiłam usta. Przy tym porażająco przystojnym blondynie wysiadali wszyscy znani mi
gwiazdorzy filmowi. Miał jednak bladą, zmęczoną twarz i ciemne sińce pod oczami. Sądząc z
opisu Charliego, musiał być to nie, kto inny jak doktor Cullen.
- A zatem, panno Swan - powiedział niezwykle sympatycznym tonem. - Jak się
czujemy?
- Dobrze - odparłam, mając nadzieję, że już nikt nie zada mi dziś tego pytania.
Mężczyzna podszedł do podświetlanej tablicy wiszącej nad moim łóżkiem, włączył ją
i przyjrzał się rentgenowi.
- Wygląda ładnie - stwierdził. - Głowa cię nie boli? Edward mówił, że naprawdę
mocno się uderzyłaś.
- Nic mi nie jest - westchnęłam zmęczona, zerkając na chłopaka z wyrzutem.
Lekarz zaczął naciskać różne punkty na mojej czaszce swoimi chłodnymi palcami.
Zauważył, że się skrzywiłam.
- Boli?
- Nie za bardzo. Bywało gorzej.
Edward się żachnął. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że uśmiecha się z wyższością.
Miałam go powyżej uszu.
- No cóż, twój ojciec czeka na zewnątrz - może cię zabrać do domu. Ale wróć, jeśli
będziesz miała zawroty głowy albo jakieś kłopoty ze wzrokiem.
- Nie mogę wrócić na lekcje? - spytałam, wyobrażając sobie Charliego, jak stara
się być opiekuńczy.
- Chyba powinnaś sobie dzisiaj odpuścić. Zerknęłam na jego syna.
- A on wraca do szkoły?
- Ktoś musi zanieść im dobrą nowinę. Żyjemy - wtrącił się Edward, jakby
koniecznie chciał mnie zdenerwować.
- W samej rzeczy, większość uczniów czeka na zewnątrz - poinformował nas
doktor Cullen.
- O nie - jęknęłam, zakrywając twarz dłońmi. Lekarz uniósł brwi.
- Chcesz zostać?
- Nie, nie! - zaprotestowałam, wyskakując pospiesznie z łóżka. Zatoczyłam się i
mężczyzna był zmuszony mnie przytrzymać. Nieco go to zaniepokoiło.
- Nic mi nie jest - powtórzyłam. Nie było sensu tłumaczyć, że zawsze mam takie
problemy z koordynacją.
- Weź Tylenol, jakby mocno bolało - doradził.
- Nie jest tak źle.
- Wszystko wskazuje na to, że miałaś wielkie szczęście - powiedział doktor
Cullen, składając zamaszysty podpis na mojej karcie.
- Miałam szczęście, że Edward stał tuż obok - poprawiłam go, rzucając mojemu
wybawcy spojrzenie pełne niechęci.
- Ach, no tak - lekarz przyznał mi rację, przeglądając z nagłym zapałem
trzymane w ręku papiery, po czym, unikając mojego wzroku, przeszedł do kolejnego
pacjenta. Intuicja podpowiadała mi, że to kolejny dowód - ojciec Edwarda dobrze wiedział,
jak było naprawdę.
- Obawiam się - informował właśnie Tylera - że jeśli o ciebie chodzi, będziesz
musiał zabawić u nas nieco dłużej.
I zabrał się do oglądania jego zadrapań. Gdy tylko odwrócił się do mnie plecami,
podeszłam do Edwarda.
- Możemy pogadać? - szepnęłam. Chłopak zrobił krok do tyłu i zacisnął nerwowo
szczęki.
- Ojciec na ciebie czeka - wycedził. Zerknęłam na Tylera i doktora Cullena.
- Chciałabym rozmówić się z tobą na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko -
naciskałam.
Spojrzał na mnie gniewnie i ruszył do drzwi, nie patrząc, czy idę za nim. Musiałam
niemal biec, żeby dotrzymać mu kroku. Gdy tylko znaleźliśmy się w jakimś odosobnionym
korytarzyku za rogiem, obrócił się na pięcie i zmierzył mnie wzrokiem.
- Czego chcesz? - spytał chłodno.
Jego wrogość nieco mnie wystraszyła i nie udało mi się odezwać do niego podobnie
surowym tonem.
- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić - przypomniałam.
- Uratowałem ci życie. Starczy.
Rzucił to z taką niechęcią w głosie, że niemal się skuliłam.
- Obiecałeś.
- Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury. - Chciał się mnie pozbyć.
Doprowadzona do szewskiej pasji, nie dawałam za wygraną.
- Z moją głową jest wszystko w porządku.
- Co chcesz ode mnie wyciągnąć? - Jego oczy rzucały gniewne błyski.
- Chcę poznać prawdę - powiedziałam. - Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi
kłamać.
- A co według ciebie się niby wydarzyło? - burknął.
- Wiem tylko, że wcale nie stałeś tak blisko - zaczęłam wyrzucać z siebie pospiesznie
wszystkie swoje spostrzeżenia. - Tyler też cię nie widział, więc nie mów, że uderzyłam się w
głowę i miałam omamy. A potem Van pędził prosto na nas, ale mimo to nas nie staranował, a
twoje dłonie zostawiły w jego boku wgniecenia. W tym drugim aucie też zresztą zrobiłeś
wgniecenie. I nic ci się me stało. A potem van mógł zwalić się na moje nogi, ale go podniosłeś...
- Przerwałam, zawstydzona tym, jakie niestworzone historie wygaduję. Byłam taka
wściekła, że oczy nabiegły mi łzami, Aby nie popłynęły po policzkach, zacisnęłam zęby.
Edward wpatrywał się we mnie z politowaniem. Ale coś w jego warzy mówiło mi, że jest
spięty.
- Uważasz, że podniosłem vana? - spytał z pogardliwym niedowierzaniem. W tonie
jego głosu było jednak coś podejrzanego, sztucznego, jakby to aktor wygłaszał swoją kwestię.
Skinęłam głową w milczeniu.
- Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy - dodał nieco prześmiewczym tonem.
- Nie zamierzam tego rozgłaszać - powiedziałam powoli, starając się opanować
gniew.
Zaskoczyłam go.
- Więc po co to wszystko?
- Dla mnie samej - wyjaśniłam. - Nie lubię kłamać, a skoro muszę, wolałabym
poznać powód.
- Nie możesz mi po prostu podziękować i zapomnieć o sprawie?
- Dziękuję. - Spodziewałam się, że czymś mi to wynagrodzi.
- Nie masz zamiaru sobie odpuścić, prawda?
- Nie.
- W takim razie... Mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.
Mierzyliśmy się wzrokiem jak dwa psy przed walką. Odezwałam się pierwsza,
pilnując, żeby nie rozproszyła mnie ta jego cudowna, piękna twarz mrocznego anioła.
- Po co w ogóle się fatygowałeś? - spytałam ostro.
Przez chwilę wyglądał na zbitego z tropu, jakby zabrakło mu argumentów.
- Nie wiem - wyszeptał.
A potem odwrócił się i odszedł.
Byłam taka zła, że przez kilka minut stałam jak sparaliżowana. Gdy już odrobinę
ochłonęłam, ruszyłam powoli w stronę wyjścia.
W poczekalni było gorzej, niż się spodziewałam. Zdawało się, że są tu wszyscy,
absolutnie wszyscy ludzie z Forks, jakich znałam choćby z widzenia, i gapią się na mnie.
Charlie natychmiast do mnie podbiegł, ale nie miałam ochoty na publiczną demonstrację
uczuć.
- Nic mi nie jest - zapewniłam go sucho. Nadal byłam wzburzona, nie nadawałam się
do pogawędki.
- Co powiedział lekarz?
- Zbadał mnie doktor Cullen, nic nie znalazł i zwolnił do domu - westchnęłam. Kątem
oka dostrzegłam Mike'a, Jessicę i Erica skorych do rozmowy. - Chodźmy już - popędziłam
ojca.
Charlie objął mnie ramieniem, ledwie mnie dotykając, i wyprowadził przez szklane
drzwi. Pomachałam nieśmiało do kolegów j koleżanek, mając nadzieję, że ten gest ich
uspokoi. Po raz pierwszy ucieszyłam się, że wsiadam do radiowozu.
Jechaliśmy w milczeniu. Pogrążona w rozmyślaniach, ledwo zdawałam sobie sprawę z
obecności taty. Byłam przekonana, że agresywne zachowanie Edwarda na korytarzu
potwierdza trafność moich wcześniejszych spostrzeżeń, choć w to, co widziałam, nadał
trudno mi było uwierzyć.
Charlie odezwał się dopiero pod domem.
- Hm... Powinnaś teraz zadzwonić do Renee. - Tato zwiesił głowę zawstydzony.
- Powiedziałeś jej! - Wiedział, że się rozgniewam.
- Przepraszam.
Wysiadając, trzasnęłam drzwiczkami samochodu nieco mocniej, niż to było
konieczne.
Mama oczywiście odchodziła od zmysłów. Nim się uspokoiła, musiałam, co najmniej
trzydzieści razy powtórzyć, że nic, ale to nic mi nie jest. Błagała mnie, żebym wróciła do
domu - choć ten stal teraz pusty - ale odmówiłam jej z zadziwiającą łatwością, ponieważ
zżerała mnie ciekawość. Chciałam poznać tajemnicę młodego Cullena, a i on sam nie
pozostawał mi obojętny. Głupia gęś. Wariatka. Idiotka. Każdy zdrowy na umyśle uciekłby z
Forks, gdzie pieprz rośnie. Ale nie ja.
Postanowiłam wcześnie położyć się do łóżka. Charlie przyglądał mi się wciąż z
niepokojem, wolałam, zatem zejść mu z oczu. W łazience łyknęłam trzy tabletki Tylenolu.
Pomogły. Ból zelżał i zasnęłam bez kłopotów.
Tej nocy po raz pierwszy śniłam o Edwardzie Cullenie.
Kiedy następnego ranka otworzyłam oczy, coś mi się nie zgadzało.
Było jakoś jaśniej.
Sypialnię nadal wypełniało szarozielone światło właściwe pochmurnemu dniu w
środku lasu, ale zdecydowanie jaskrawsze. W dodatku zdałam sobie sprawę, że na zewnątrz
nie zalega mgła.
Rzuciłam się do okna i jęknęłam zdegustowana.
Zarówno podjazd, jak i drogę pokrywała cienka warstwa śniegu. Nawet dach mojego
auta wyglądał jak obsypany mąką. Ale nie to było najgorsze. Pozostałości wczorajszego
deszczu zamieniły się w lód, przyozdabiając igły drzew niesamowitymi, bajkowymi
koronkami. Jednym słowem: gołoledź. Miałam dość kłopotów z utrzymaniem się na nogach
przy cieplejszej pogodzie - najchętniej wcale nie wychodziłabym z łóżka.
Kiedy zeszłam na dół, Charlie zdążył już pojechać do pracy. Mieszkając z nim,
czułam się poniekąd tak, jakbym była dorosła i miała własny dom. Nie było mi z tym źle -
rozkoszowałam się samotnością.
Zjadłam szybko miskę płatków i wypiłam trochę soku pomarańczowego. Byłam
podekscytowana i nieco mnie to przerażało. Wiedziałam, co jest grane. Nie było mi spieszno
ani chłonąć wiedzę, ani gwarzyć z nowymi znajomymi. Jeśli chciałam być wobec siebie
szczera, musiałam przyznać, że cieszę się strasznie na myśl o kolejnym dniu w szkole,
ponieważ nie mogę się doczekać ponownego spotkania z Edwardem Cullenem. Bardzo to
było niemądre z mojej strony.
Uważałam, że poprzedniego dnia zrobiłam z siebie idiotkę i powinnam raczej zacząć
go unikać. No i czemu kłamał, że nie nosi kontaktów? To było podejrzane. Nadal bałam się
także wrogości, jaka czasem od niego bila, i traciłam rozum, gdy tylko przypominałam sobie,
jak idealne ma rysy twarzy. Zdawałam sobie sprawę, że to facet z innej bajki - górował nade
mną na każdym polu. Po co zawracać sobie głowę kimś takim?
Przejście od drzwi wejściowych do furgonetki wymagało wyjątkowego skupienia. Tuż
przy aucie straciłam na chwilę równowagę, ale udało mi się w porę podeprzeć o boczne
lusterko. Dzień zapowiadał się koszmarnie.
W drodze do szkoły nareszcie zapomniałam na jakiś czas leku przed upadkiem na
lodzie i tajemniczym Edwardzie, zaczęłam za to analizować zachowanie Mike'a i Erica.
Nigdy wcześniej nie miałam takiego powodzenia u chłopców, choć przecież od wyjazdu z
Phoenix nic zmieniłam się wcale fizycznie. Może po prostu moi starzy koledzy traktowali
mnie wciąż jak niezgrabną małolatę, którą w końcu byłam przez parę dobrych lat? Może
miejscowi faceci byli spragnieni nowości? Rzadko widywali nowe twarze. Wreszcie, może
uważali moją niezdarność za coś uroczego i chcieli się mną po rycersku zaopiekować? Tak
czy siak, nie wiedziałam za bardzo, co począć z moim golden retrieverem i jego rywalem.
Chyba jednak wolałam, kiedy nie zwracano na mnie uwagi.
Mój samochód dobrze się spisywał na lodzie. Mimo to jechałam bardzo powoli, nie
chcąc doprowadzić do karambolu na głównej ulicy miasteczka.
Gdy wysiadłam pod szkołą, zobaczyłam, czemu zawdzięczam tę niezwykłą
przyczepność. Mignęło mi coś srebrnego, podeszłam, więc do tylnych kół sprawdzić, co to.
Przezornie cały czas trzymałam się wozu. Okazało się, że każda opona owinięta jest siatką
cienkich łańcuchów, tworzących na czarnym tle mozaikę ze srebrnych rombów. Charlie
musiał wstać Bóg wie jak wcześnie, żeby zamocować te zabezpieczenia. Wzruszenie
chwyciło mnie za gardło. Nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby ktoś się o mnie troszczył.
Czuły gest taty zupełnie mnie zaskoczył. Może nie mówił za dużo, ale o mnie myślał.
Stałam tak za swoją furgonetką, walcząc z falą roztkliwienia, kiedy moich uszu
dobiegł jakiś dziwny dźwięk.
Przypominał przykry, wysoki odgłos, jaki czasem w zetknięciu z tablicą wydaje kreda,
ale nie ustawał, a przybierał na sile. Zaniepokojona odwróciłam głowę.
Choć nic nie ruszało się w zwolnionym tempie, jak to bywa w filmach, dostrzegłam
wiele rzeczy naraz. Widocznie raptowny wyrzut adrenaliny polepszył moją zdolność
postrzegania.
Cztery auta dalej stal Edward Cullen i wpatrywał się we mnie z przerażeniem w
oczach. To jego twarz zapamiętałam najlepiej, choć ze strachu zamarli i pozostali uczniowie.
Ale nie to było w tej scenie najważniejsze. Po oblodzonej powierzchni parkingu, wirując
bezładnie, pędził granatowy van. Jego system kierowniczy odmówił posłuszeństwa, hamulce
piszczały ostatkiem sił. Pędził wprost na mój samochód, a ja stałam mu na drodze. Nie zdążyłam
nawet zamknąć oczu.
Tuż przed tym, jak usłyszałam porażający zgrzyt vana, który wygiął się przy
zderzeniu, niemal owijając wokół tyłu furgonetki, coś mnie uderzyło, mocno i nie z tego
kierunku, z którego się spodziewałam. Walnęłam głową o lodowaty asfalt i poczułam, że
przyciska mnie do ziemi coś dużego i chłodnego. Leżałam nieopodal beżowego aula, koło
którego zaparkowałam, nie mogłam jednak się rozejrzeć, ponieważ, odbiwszy się od
przeszkody, wygięty van nadal sunął rotacyjnym ruchem w moim kierunku. Lada chwila
znów miałam szansę stać się jego ofiarą.
Usłyszałam wymówione cicho przekleństwo i uświadomiłam sobie, że nie leżę sama.
Tego głosu nie sposób było pomylić. Dwie obejmujące mnie od tyłu ręce rozluźniły uścisk i
wyprostowały się, jakby ich właściciel miał nadzieję, że zdoła zatrzymać zbliżające się auto.
Van zatrzymał się jakieś trzydzieści centymetrów od mojej twarzy, tak, że dłonie mojego
towarzysza spoczywały teraz w głębokim wgnieceniu w boku pojazdu, które zrządzeniem
losu miało pasujący do nich kształt.
I znów wszystko przyspieszyło. Jedna z dłoni znalazła się nagle celowo gdzieś pod
wrakiem, vana, a coś odciągnęło mnie raptownie do tyłu, szorując moimi nogami po asfalcie,
jakby należały do szmacianej lalki, aż wreszcie uderzyły o oponę beżowego samochodu. W
tym samym momencie van obrócił się odrobinę do akompaniamentu ogłuszającego szczęku
blach i pękła jedna z jego szyb, pokrywając asfalt setkami odłamków. To właśnie w tym
miejscu jeszcze przed sekundą znajdowały się moje nogi.
Zapanowała cisza. Trwała zapewne ledwie sekundę, a potem rozległy się krzyki.
Mimo harmidru udało mi się kilkakrotnie wyłapać swoje imię. Ale przede wszystkim
słyszałam niski szept zdenerwowanego Edwarda:
- Bello? Nic ci nie jest?
- Nie. - Mój glos brzmiał jakoś dziwnie. Chciałam usiąść, kiedy zdałam sobie sprawę,
że chłopak trzymał mnie cały ten czas w żelaznym uścisku.
- Uważaj - ostrzegł mnie, widząc, że staram się podnieść. - Sądzę, że uderzyłaś się w
głowę naprawdę mocno.
Rzeczywiście - dopiero teraz poczułam silny, pulsujący ból nad lewym uchem.
- Au - syknęłam zaskoczona.
- A nic mówiłem. - Zdawało mi się, że pomimo naszego położenia, musi hamować
śmiech.
- Jak, u licha... - przerwałam, żeby przypomnieć sobie dokładnie przebieg
wypadku. - Jakim cudem udało ci się podbiec tak szybko?
- Stałem tuż obok, Bello - odpowiedział, tym razem poważnym tonem.
Ponownie spróbowałam usiąść. Tym razem wypuścił mnie z objęć i odsunął się, jak
mógł najdalej przy tak ograniczonej przestrzeni. Przyglądał mi się niewinnie, z troską.
Magnetyczne spojrzenie jego złotych oczu znów podziałało na mój mózg paraliżująco. O
czym to ja mówiłam?
I wtedy nas znaleźli. Szybko otoczył nas tłum zapłakanych, rozhisteryzowanych ludzi.
- Tylko się nie ruszajcie - ktoś nam poradził.
- Wyciągnijcie Tylera z auta! - krzyknął ktoś inny. Zaczęła się nerwowa
krzątanina. Chciałam wstać, ale powstrzymała mnie lodowata dłoń Edwarda.
- Siedź spokojnie.
- Zimno mi - pożaliłam się. Ze zdziwieniem zauważyłam, że znów stłumił
prychnięcie. - Tam stałeś - przypomniało mi się nagle i już nie było mu do śmiechu. - Koło
swojego samochodu.
- Wcale nie - zaprotestował agresywnie.
- Sama widziałam. - Wokół nas panował chaos. Do moich uszu dotarły surowe
głosy pierwszych przybyłych dorosłych. Uparcie ciągnęłam tę absurdalną kłótnię.
Wiedziałam, że mam rację. Facet musi się przyznać.
- Bello, stałem obok ciebie i w porę popchnąłem. - Wpatrywał się we mnie z
porażającą mocą, jakby chciał mi w ten sposób coś przekazać.
- Nieprawda. - Zacisnęłam zęby.
- Proszę, Bello. - Złote oczy rozbłysły.
- Czemu miałabym to robić? - drążyłam uparcie.
- Zaufaj mi - poprosił swoim zniewalającym głosem. Moich uszu doszło wycie
syren.
- Obiecujesz, że wszystko mi później wyjaśnisz?
- Obiecuję - rzucił zniecierpliwiony.
- Dobra. - Ale byłam na niego zła.
Dopiero sześciu sanitariuszy i dwóch nauczycieli - pan Verner i trener Clapp - zdołało
przesunąć vana na tyle, żeby można było dojść do nas z noszami. Edward stanowczo odmówił
skorzystania z tej formy transportu, ale gdy próbowałam iść w jego ślady, zdrajca powiedział
ekipie ratunkowej, że uderzyłam się w głowę i mogę mieć wstrząs mózgu. Kiedy założono mi
na szyję kołnierz ortopedyczny, niemal umarłam z upokorzenia. Chyba cała szkoła wyległa
przyglądać się, jak wsadzają mnie do ambulansu. Edward załapał się na miejsce koło
kierowcy. Swoją butą działał mi na nerwy.
Co gorsza, zanim ruszyliśmy, na miejscu wypadku pojawił się komendant Swan.
- Bella! - krzyknął przerażony, kiedy zorientował się, kto leży na noszach.
- Nic mi nie jest Cha... tato - westchnęłam. - Naprawdę, nie ma się czym przejmować.
Zaczepił pierwszego z brzegu sanitariusza z prośbą o szczegółu Nie słuchałam, o
czym rozmawiają, odpłynęłam. Głowę miałam pełną chaotycznych, niespokojnych strzępków
wspomnień. Niektórych faktów nie potrafiłam sobie wytłumaczyć. Chwilę temu, kiedy
transportowano mnie na noszach, miałam okazję rzucić okiem na głębokie wgłębienie
powstałe w zderzaku beżowego wozu - bardzo charakterystyczne wgłębienie, pasujące jak
ulał do kształtu ramion Edwarda... Jakby chłopak miał w sobie dość siły, żeby wgnieść
zderzak, po prostu napierając na niego...
Albo twarze jego braci i sióstr, przyglądających się nam z pewnej odległości:
malowały się na nich różne uczucia, od dezaprobaty po wściekłość, ale żadne z rodzeństwa
nic wydawało się ani trochę przestraszone.
Usiłowałam znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie dla tych spostrzeżeń -
wytłumaczenie inne niż to, że oszalałam.
Do szpitala zajechaliśmy, rzecz jasna, w eskorcie policji. Gdy mnie wynoszono z
karetki, czułam, że robię z siebie pośmiewisko. W dodatku Edward wszedł do budynku
energicznym krokiem, jak gdyby nigdy nic. Odprowadziłam go nienawistnym spojrzeniem.
Trafiłam na miejscową urazówkę, długą salę z rzędem łóżek oddzielonych od siebie
pastelowymi zasłonkami. Pielęgniarka owinęła mi rękę mankietem ciśnieniomierza, a pod
językiem umieściła termometr. Ponieważ nikt nie pofatygował się, żeby zaciągnąć zasłonki i
zapewnić mi nieco prywatności, stwierdziłam, że pewnie nic takiego mi nie jest i nie muszę
już mieć na sobie tego idiotycznego kołnierza ortopedycznego. Gdy tylko siostra odeszła,
szybko go zdjęłam i cisnęłam pod łóżko.
Po chwili w licznej asyście wniesiono kolejne nosze i koło mnie spoczął nowy pacjent.
Rozpoznałam Tylera Crowleya, który chodził ze mną na WOS. Głowę miał ciasno owiniętą
zakrwawionymi bandażami, wyglądał, więc dużo gorzej ode mnie, ale mimo to Przyglądał mi
się z niepokojem.
- Bello, nie wiem, jak cię prosić o wybaczenie.
- Nic się nie stało, Tyler. A co z tobą, jak się czujesz? - Pielęgniarki odwijały
właśnie jego bandaże, odsłaniając niezliczone płytkie nacięcia na czole i policzku.
Moje pytanie puścił mimo uszu.
- Myślałem, że cię zabiję! Jechałem za szybko i przez ten lód... - Skrzywił się,
kiedy jedna z sióstr zaczęła przemywać mu skaleczenia.
- Spokojnie. Najważniejsze, że we mnie nie wjechałeś.
- Jak ci się udało uciec? Stałaś koło auta i nagle już cię nie było.
- Eee... Edward skoczył i pociągnął mnie ze sobą.
- Kto taki? - zdziwił się Tyler.
- Edward Cullen. Wiesz, stał tuż obok. - Zawsze był ze mnie kiepski kłamca.
Nie zabrzmiało to zbytnio przekonująco.
- Cullen? Jakoś go przegapiłem. No, ale wszystko działo się tak szybko. Nic mu
nie jest?
- Chyba nie. Też tutaj trafił, ale nie kazali mu leżeć na noszach.
Wiedziałam już przynajmniej, że nie zwariowałam. Ale jakim cudem Edward mnie
uratował? Pozostawało to zagadką.
Później odwieziono mnie na wózku na prześwietlenie głowy. Upierałam się, że nic mi
nie jest, i miałam rację. Nic nie wskazywało choćby na wstrząs mózgu. Spytałam się, czy
mogę już iść do domu, ale pielęgniarka kazała mi poczekać na lekarza. Uwięziona na oddziale,
musiałam znosić tyrady korzącego się Tylera. Obiecywał, że mi to wszystko jakoś
wynagrodzi, i zadręczał się, choć powtarzałam, że nic takiego się nie stało. W końcu
zamknęłam po prostu oczy i zaczęłam go ignorować. Teraz mógł tylko mamrotać coś pod
nosem.
- Czy ona śpi? - zapytał nagle melodyjny glos.
Edward stal w nogach mojego łóżka i uśmiechał się nonszalancko. Spojrzałam na
niego z wyrzutem, choć łatwiej byłoby mi gapić się, śliniąc.
- Cześć, Edward. - Tyler znalazł dla siebie nową ofiarę. - Naprawdę, tak mi...
Cullen uciszył go zdecydowanym gestem.
- Nie ma krwi, nie ma żalu - powiedział, odsłaniając przy okazji swoje fantastyczne,
śnieżnobiałe zęby. Przysiadł na skraju łóżka Tylera, odwrócony w moją stronę, i znów się
uśmiechnął.
- No i jaka diagnoza? - zapytał.
- Nic mi nie jest, ale muszę tu siedzieć - pożaliłam się. - Jak ci się udało uniknąć
noszy, co?
- Mam znajomości - odparł. - Nic się nie martw. Zaraz wyjdziesz na wolność.
W tym samym momencie na horyzoncie pojawił się lekarz i chcąc nie chcąc
rozdziawiłam usta. Przy tym porażająco przystojnym blondynie wysiadali wszyscy znani mi
gwiazdorzy filmowi. Miał jednak bladą, zmęczoną twarz i ciemne sińce pod oczami. Sądząc z
opisu Charliego, musiał być to nie, kto inny jak doktor Cullen.
- A zatem, panno Swan - powiedział niezwykle sympatycznym tonem. - Jak się
czujemy?
- Dobrze - odparłam, mając nadzieję, że już nikt nie zada mi dziś tego pytania.
Mężczyzna podszedł do podświetlanej tablicy wiszącej nad moim łóżkiem, włączył ją
i przyjrzał się rentgenowi.
- Wygląda ładnie - stwierdził. - Głowa cię nie boli? Edward mówił, że naprawdę
mocno się uderzyłaś.
- Nic mi nie jest - westchnęłam zmęczona, zerkając na chłopaka z wyrzutem.
Lekarz zaczął naciskać różne punkty na mojej czaszce swoimi chłodnymi palcami.
Zauważył, że się skrzywiłam.
- Boli?
- Nie za bardzo. Bywało gorzej.
Edward się żachnął. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że uśmiecha się z wyższością.
Miałam go powyżej uszu.
- No cóż, twój ojciec czeka na zewnątrz - może cię zabrać do domu. Ale wróć, jeśli
będziesz miała zawroty głowy albo jakieś kłopoty ze wzrokiem.
- Nie mogę wrócić na lekcje? - spytałam, wyobrażając sobie Charliego, jak stara
się być opiekuńczy.
- Chyba powinnaś sobie dzisiaj odpuścić. Zerknęłam na jego syna.
- A on wraca do szkoły?
- Ktoś musi zanieść im dobrą nowinę. Żyjemy - wtrącił się Edward, jakby
koniecznie chciał mnie zdenerwować.
- W samej rzeczy, większość uczniów czeka na zewnątrz - poinformował nas
doktor Cullen.
- O nie - jęknęłam, zakrywając twarz dłońmi. Lekarz uniósł brwi.
- Chcesz zostać?
- Nie, nie! - zaprotestowałam, wyskakując pospiesznie z łóżka. Zatoczyłam się i
mężczyzna był zmuszony mnie przytrzymać. Nieco go to zaniepokoiło.
- Nic mi nie jest - powtórzyłam. Nie było sensu tłumaczyć, że zawsze mam takie
problemy z koordynacją.
- Weź Tylenol, jakby mocno bolało - doradził.
- Nie jest tak źle.
- Wszystko wskazuje na to, że miałaś wielkie szczęście - powiedział doktor
Cullen, składając zamaszysty podpis na mojej karcie.
- Miałam szczęście, że Edward stał tuż obok - poprawiłam go, rzucając mojemu
wybawcy spojrzenie pełne niechęci.
- Ach, no tak - lekarz przyznał mi rację, przeglądając z nagłym zapałem
trzymane w ręku papiery, po czym, unikając mojego wzroku, przeszedł do kolejnego
pacjenta. Intuicja podpowiadała mi, że to kolejny dowód - ojciec Edwarda dobrze wiedział,
jak było naprawdę.
- Obawiam się - informował właśnie Tylera - że jeśli o ciebie chodzi, będziesz
musiał zabawić u nas nieco dłużej.
I zabrał się do oglądania jego zadrapań. Gdy tylko odwrócił się do mnie plecami,
podeszłam do Edwarda.
- Możemy pogadać? - szepnęłam. Chłopak zrobił krok do tyłu i zacisnął nerwowo
szczęki.
- Ojciec na ciebie czeka - wycedził. Zerknęłam na Tylera i doktora Cullena.
- Chciałabym rozmówić się z tobą na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko -
naciskałam.
Spojrzał na mnie gniewnie i ruszył do drzwi, nie patrząc, czy idę za nim. Musiałam
niemal biec, żeby dotrzymać mu kroku. Gdy tylko znaleźliśmy się w jakimś odosobnionym
korytarzyku za rogiem, obrócił się na pięcie i zmierzył mnie wzrokiem.
- Czego chcesz? - spytał chłodno.
Jego wrogość nieco mnie wystraszyła i nie udało mi się odezwać do niego podobnie
surowym tonem.
- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić - przypomniałam.
- Uratowałem ci życie. Starczy.
Rzucił to z taką niechęcią w głosie, że niemal się skuliłam.
- Obiecałeś.
- Bello, uderzyłaś się w głowę, pleciesz jakieś bzdury. - Chciał się mnie pozbyć.
Doprowadzona do szewskiej pasji, nie dawałam za wygraną.
- Z moją głową jest wszystko w porządku.
- Co chcesz ode mnie wyciągnąć? - Jego oczy rzucały gniewne błyski.
- Chcę poznać prawdę - powiedziałam. - Chcę wiedzieć, dlaczego kazałeś mi
kłamać.
- A co według ciebie się niby wydarzyło? - burknął.
- Wiem tylko, że wcale nie stałeś tak blisko - zaczęłam wyrzucać z siebie pospiesznie
wszystkie swoje spostrzeżenia. - Tyler też cię nie widział, więc nie mów, że uderzyłam się w
głowę i miałam omamy. A potem Van pędził prosto na nas, ale mimo to nas nie staranował, a
twoje dłonie zostawiły w jego boku wgniecenia. W tym drugim aucie też zresztą zrobiłeś
wgniecenie. I nic ci się me stało. A potem van mógł zwalić się na moje nogi, ale go podniosłeś...
- Przerwałam, zawstydzona tym, jakie niestworzone historie wygaduję. Byłam taka
wściekła, że oczy nabiegły mi łzami, Aby nie popłynęły po policzkach, zacisnęłam zęby.
Edward wpatrywał się we mnie z politowaniem. Ale coś w jego warzy mówiło mi, że jest
spięty.
- Uważasz, że podniosłem vana? - spytał z pogardliwym niedowierzaniem. W tonie
jego głosu było jednak coś podejrzanego, sztucznego, jakby to aktor wygłaszał swoją kwestię.
Skinęłam głową w milczeniu.
- Przecież wiesz, że nikt ci nie uwierzy - dodał nieco prześmiewczym tonem.
- Nie zamierzam tego rozgłaszać - powiedziałam powoli, starając się opanować
gniew.
Zaskoczyłam go.
- Więc po co to wszystko?
- Dla mnie samej - wyjaśniłam. - Nie lubię kłamać, a skoro muszę, wolałabym
poznać powód.
- Nie możesz mi po prostu podziękować i zapomnieć o sprawie?
- Dziękuję. - Spodziewałam się, że czymś mi to wynagrodzi.
- Nie masz zamiaru sobie odpuścić, prawda?
- Nie.
- W takim razie... Mam nadzieję, że lubisz rozczarowania.
Mierzyliśmy się wzrokiem jak dwa psy przed walką. Odezwałam się pierwsza,
pilnując, żeby nie rozproszyła mnie ta jego cudowna, piękna twarz mrocznego anioła.
- Po co w ogóle się fatygowałeś? - spytałam ostro.
Przez chwilę wyglądał na zbitego z tropu, jakby zabrakło mu argumentów.
- Nie wiem - wyszeptał.
A potem odwrócił się i odszedł.
Byłam taka zła, że przez kilka minut stałam jak sparaliżowana. Gdy już odrobinę
ochłonęłam, ruszyłam powoli w stronę wyjścia.
W poczekalni było gorzej, niż się spodziewałam. Zdawało się, że są tu wszyscy,
absolutnie wszyscy ludzie z Forks, jakich znałam choćby z widzenia, i gapią się na mnie.
Charlie natychmiast do mnie podbiegł, ale nie miałam ochoty na publiczną demonstrację
uczuć.
- Nic mi nie jest - zapewniłam go sucho. Nadal byłam wzburzona, nie nadawałam się
do pogawędki.
- Co powiedział lekarz?
- Zbadał mnie doktor Cullen, nic nie znalazł i zwolnił do domu - westchnęłam. Kątem
oka dostrzegłam Mike'a, Jessicę i Erica skorych do rozmowy. - Chodźmy już - popędziłam
ojca.
Charlie objął mnie ramieniem, ledwie mnie dotykając, i wyprowadził przez szklane
drzwi. Pomachałam nieśmiało do kolegów j koleżanek, mając nadzieję, że ten gest ich
uspokoi. Po raz pierwszy ucieszyłam się, że wsiadam do radiowozu.
Jechaliśmy w milczeniu. Pogrążona w rozmyślaniach, ledwo zdawałam sobie sprawę z
obecności taty. Byłam przekonana, że agresywne zachowanie Edwarda na korytarzu
potwierdza trafność moich wcześniejszych spostrzeżeń, choć w to, co widziałam, nadał
trudno mi było uwierzyć.
Charlie odezwał się dopiero pod domem.
- Hm... Powinnaś teraz zadzwonić do Renee. - Tato zwiesił głowę zawstydzony.
- Powiedziałeś jej! - Wiedział, że się rozgniewam.
- Przepraszam.
Wysiadając, trzasnęłam drzwiczkami samochodu nieco mocniej, niż to było
konieczne.
Mama oczywiście odchodziła od zmysłów. Nim się uspokoiła, musiałam, co najmniej
trzydzieści razy powtórzyć, że nic, ale to nic mi nie jest. Błagała mnie, żebym wróciła do
domu - choć ten stal teraz pusty - ale odmówiłam jej z zadziwiającą łatwością, ponieważ
zżerała mnie ciekawość. Chciałam poznać tajemnicę młodego Cullena, a i on sam nie
pozostawał mi obojętny. Głupia gęś. Wariatka. Idiotka. Każdy zdrowy na umyśle uciekłby z
Forks, gdzie pieprz rośnie. Ale nie ja.
Postanowiłam wcześnie położyć się do łóżka. Charlie przyglądał mi się wciąż z
niepokojem, wolałam, zatem zejść mu z oczu. W łazience łyknęłam trzy tabletki Tylenolu.
Pomogły. Ból zelżał i zasnęłam bez kłopotów.
Tej nocy po raz pierwszy śniłam o Edwardzie Cullenie.
Zmierzch
2 Otwarta księga
Następny dzień był lepszy i gorszy zarazem.
Lepszy, ponieważ rano jeszcze nie padało, chociaż niebo spowite było
nieprzepuszczającymi światła chmurami. Wiedziałam też już, czego mogę się spodziewać. W
szkole Mike usiadł ze mną na angielskim i odprowadził na następną lekcję, czemu Eric
przyglądał się nienawistnie. Nie powiem, schlebiało mi to. Pozostali uczniowie rzadziej się na
mnie gapili, a lunch zjadłam w towarzystwie Mike'a, Erica, Jessiki i paru innych osób, które
już rozpoznawałam. Pamiętałam nawet, jak mają na imię. Nieśmiało budziła się we mnie nadzieja,
że oto stąpam po wodzie, zamiast w niej tonąć.
Gorszy, bo byłam zmęczona po kolejnej zarwanej nocy. Nadal przeszkadzał mi
huczący wkoło domu wiatr. Gorszy, ponieważ pan Verner wywołał mnie do odpowiedzi na
trygonometrii, chociaż wcale się nie zgłaszałam, a nie znałam prawidłowego rozwiązania.
Gorszy, bo grając w znienawidzoną siatkówkę, gdy jeden jedyny raz nie uciekłam przed
piłką, trafiłam nią w głowę koleżanki z drużyny. A najokropniejsze było to, że Edward Cullen
nie przyszedł do szkoły.
W Stanach Zjednoczonych wszyscy uczniowie zaczynają i kończą lekcje o tej samej godzinie.
Cały ranek bałam się, że będzie obrzucał mnie wrogimi spojrzeniami w stołówce, a
jednocześnie miałam ochotę spytać się go, wprost, co jest grane. Przed zaśnięciem
planowałam nawet, co mu powiem, choć znałam siebie zbyt dobrze, by wierzyć, że zdobędę
się na odwagę.
Jednak, kiedy weszłam, z Jessicą do stołówki i nie mogąc się powstrzymać, zerknęłam
w stronę stolika Cullenów, zobaczyłam, że siedzą przy nim tylko cztery osoby. Mojego
prześladowcy wśród nich nie było.
Pojawił się Mike i wskazał nam drogę do swojego stolika. Jessica Wydawała się
zachwycona jego zainteresowaniem, a jej paczka szybko do nas dołączyła. Gdy wszyscy
wokół mnie przekomarzali się Wesoło, siedziałam jak na szpilkach, czekając na przybycie
Edwarda. Modliłam się, żeby po prostu mnie zignorował. Mogłabym wtedy myśleć, że
poprzedniego dnia źle zinterpretowałam fakty.
Z minuty na minutę robiłam się coraz bardziej spięta.
Wchodząc do gabinetu biologicznego, czułam się już nieco lepiej - chłopak nie
przyszedł przecież na lunch. Mike, który charakterem przypominał golden retrievera, był
rzecz jasna u mojego boku. Na progu wstrzymałam na chwilę oddech, ale zaraz przekonałam
się, że i tu Edward nie dotarł. Odetchnąwszy z ulgą, ruszyłam w stronę swojego miejsca,
Mike trajkotał tymczasem o zbliżającej się wycieczce nad morze. Stał jeszcze jakiś czas przy
mojej ławce, a gdy zabrzęczał dzwonek na lekcję, uśmiechnął się smutno i poszedł usiąść
koło jakiejś dziewczyny z aparatem na zębach i nieudaną trwałą. Wszystko wskazywało na to,
że będę niedługo musiała podjąć jakąś decyzję w związku z Mikiem i nie będzie ona należała
do łatwych. W mieście tak małym jak Forks, gdzie plotki i ostracyzm naprawdę potrafią
uprzykrzyć człowiekowi życie, wskazana była dyplomacja. Miałam świadomość, że nie
należę do osób przesadnie taktownych i brakuje mi doświadczenia w obchodzeniu się z
chłopcami.
Wiedziałam, że powinnam być wniebowzięta, bo mam całą ławkę tylko dla siebie i nie
muszę znosić obecności nieprzychylnego mi sąsiada, ale dręczyło mnie podejrzenie, że to z
mojego powodu opuszcza lekcje. Ty mała egocentryczno, myślałam, przecież to nie ma
sensu. Jak mogłabyś wzbudzić u kogoś podobnie silne uczucia? To niemożliwe. A mimo to
martwiłam się, że moje przypuszczenia się sprawdzą.
Gdy lekcje wreszcie dobiegły końca i przybladł rumieniec, jaki zakwitł na mojej
twarzy po wypadku na meczu, szybko przebrałam się z powrotem w dżinsy i granatowy
sweter, żeby przy drzwiach damskiej szatni nie zastać mojego wiernego retrievera. Raźnym
krokiem dotarłam na szkolny parking, gdzie kręciło się już sporo odjeżdżających uczniów. W
aucie przeszukałam jeszcze torbę, aby upewnić się, czy mam wszystko, czego mi potrzeba.
Poprzedniego wieczoru odkryłam, że Charlie nie umie przygotować nic poza
przysłowiową jajecznicą, poprosiłam, więc, aby do mojego wyjazdu pozwolił mi objąć rządy
w kuchni. Uczynił to chęcią - Odkryłam również, że w domu nie ma żadnych zapasów.
Uzbrojona w listę zakupów i nieco gotówki z ojcowskiego słoika z napisem „spożywka”,
planowałam pojechać po szkole do supermarketu.
Ignorując uczniów, którzy odwrócili głowy, słysząc huk silnika dołączyłam do kolejki
pojazdów, czekających na wyjazd. Próbowałam udawać, że to nie z mojego wozu
wydobywają się te ogłuszające dźwięki. Zauważyłam Cullenów i bliźnięta Hale wsiadających
do auta. Było to owo lśniące nowością volvo. No tak. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na ich
ubrania - przedtem zbytnio zafascynowały mnie twarze tej czwórki. Strojem także się wyróżniali.
Byli ubrani skromnie, ale można było poznać, że gustują w markach z najwyższej
półki. Zresztą, z takim wyglądem mogliby chodzić w ścierkach do naczyń i nadal robić
wrażenie. Mieli, zatem i urodę, i pieniądze - wydawało się, że to trochę nic fair. Ale tak to już
zwykle w życiu bywa. No i mimo wszystko nikt tu za nimi chyba nie przepadał.
Nie, tu już przesadziłam. Jeśli nie mieli przyjaciół, to tylko z własnego wyboru. Takie
twarze musiały otwierać przed nimi wszystkie drzwi.
Gdy ich mijałam, podobnie jak pozostali odwrócili głowy, żeby zobaczyć, skąd
dochodzi ten straszny hałas. Starałam się nie spuszczać wzroku z drogi i z ulgą opuściłam
nareszcie teren szkoły.
Supermarket znajdował się zaledwie kilka przecznic dalej. Wnętrze sklepu wyglądało
zupełnie normalnie, jak w okolicach domu, co nieco poprawiło mi humor. W Phoenix
robienie zakupów też należało do moich obowiązków i z przyjemnością oddalam się
znajomemu zajęciu. Hala była na tyle duża, że nie słyszałam bębnienia deszczu o dach, które
przypominałoby mi o tym, gdzie jestem.
Po powrocie poupychałam kupione produkty w szafkach, mając nadzieję, że Charlie
nie będzie miał nic przeciwko. Ziemniaki owinęłam folią aluminiową i włożyłam do
piekarnika, a steki pokryłam marynatą i postawiłam w lodówce na chybotliwym nieco
kartonie z jajkami.
Skończywszy przygotowania do obiadu, poszłam ze szkolną torbą na górę. Zanim
zabrałam się do odrabiania zadań domowych, przebrałam się w parę suchych spodni od dresu,
zebrałam wilgotne włosy w koński ogon i po raz pierwszy od przyjazdu sprawdziłam
skrzynkę mailową. Miałam trzy nowe wiadomości.
Pierwsza była od mamy. Pisała:
Daj znać zaraz po przyjeździe, jak ci minął lot? Pada? Już za tobą tęsknię. Niedługo
skończę pakowanie przed Florydą, ale nigdzie nie mogę znaleźć swojej różowej bluzki. Wiesz
może, gdzie ją położyłam? Masz pozdrowienia od Phita. Mama
Westchnęłam i otworzyłam następnego maila. Wysiano go osiem godzin po
pierwszym.
Bello, dlaczego nie odpisujesz? Na co czekasz? Mama
Ostatni przyszedł dziś rano.
Isabello, jeśli nie odpiszesz do 17.30, dzwonię do Charliego.
Zerknęłam na zegar. Miałam jeszcze godzinę, ale mama znana była z popędliwości.
Spokojnie, Mamo. Już odpisuję. Nie wszczynaj alarmu. Bella
Wysiałam wiadomość i zaczęłam pisać nową.
Jest fantastycznie. Oczywiście pada. Chciałam napisać dopiero, jak będzie, o czym.
Szkoła niezła, tylko trochę monotonnie. Poznałam parę fajnych osób, które siadają teraz ze
mną w stołówce.
Twoja bluzka jest w pralni chemicznej. Miałaś ją odebrać w zeszły piątek.
Nie uwierzysz, Chanie kupił mi furgonetkę! Zakochałam się w niej pierwszego
wejrzenia, jest stara, ale solidna - dla mnie wystarczy.
Też za tobą tęsknię. Niedługo znowu napiszę, ale nie mam zamiaru sprawdzać
skrzynki, co pięć minut. Wyluzuj, weź głęboki wdech. Kocham cię.
Bella
Postanowiłam poprzedniego dnia, że przeczytam ponownie Wichrowe wzgórza, które
właśnie przerabialiśmy na angielskim - ot tak, dla zabicia czasu - i gdy Charlie wrócił do
domu, byłam pogrążona w lekturze. Straciłam poczucie czasu. Popędziłam na dół, by wyjąć
ziemniaki z piekarnika i usmażyć steki.
- Bella? - zawołał ojciec, słysząc mnie na schodach. A któżby inny, pomyślałam.
- Cześć, tato. Witaj w domu.
- Hej. - Odpiął kaburę i zdjął wysokie buty, przyglądając się, jak krzątam się po
kuchni. O ile wiedziałam, nigdy na służbie nie użył broni, ale zawsze miał ją w gotowości.
Kiedy byłam mała, zaraz po powrocie do domu wyjmował z niej naboje. Najwyraźniej uważał
teraz, że jestem już dość duża, by nie postrzelić się przez pomyłkę, a także nie na tyle
zdesperowana, żeby popełnić samobójstwo.
- Co na obiad? - zapytał nieufnie. Moja mama była kucharką pełną fantazji i jej
eksperymenty nie zawsze nadawały się do spożycia. Zaskoczył mnie smutno tym, że nadal o
tym pamiętał.
- Steki z ziemniakami - odpowiedziałam. Wyglądał na usatysfakcjonowanego.
Chyba czuł się niezręcznie, stojąc tak z założonymi rękami, poszedł, więc do saloniku
oglądać telewizję. Dla obojga z nas było to najlepsze rozwiązanie. Gdy steki smażyły się na
patelni, przyrządziłam sałatkę i nakryłam do stołu.
Zawołałam, że obiad jest już gotowy. Zapach, wypełniający kuchnię, przywitał
uśmiechem.
- Ładnie pachnie, Bell.
- Dzięki.
Przez kilka minut jedliśmy w zupełnym milczeniu. Było nam z tym dobrze, cisza nas
nie krępowała. Poniekąd nadawaliśmy się do mieszkania razem.
- A jak tam w szkole? Masz już jakieś koleżanki? - odezwał się w końcu ojciec,
sięgając po dokładkę.
- Chodzę na kilka przedmiotów z taką jedną Jessicą. Siadam z jej paczką w
stołówce. Jest jeszcze Mikę. Bardzo uczynny chłopak. W ogóle wszyscy są raczej mili.
Z jednym bardzo ciekawym wyjątkiem.
- To jak nic Mike Newton. Miły dzieciak. Porządna rodzina. Jego ojciec ma
sklep ze sprzętem sportowym za miastem. Forks leży na szlaku, więc dobrze zarabia na tych
wszystkich turystach, których tu pełno.
- Znasz może rodzinę Cullenów? - zapytałam ostrożnie.
- Doktora Cullena? Jasne. To wielki człowiek.
- Ich dzieci... Trochę się wyróżniają. Chyba nie znalazły sobie miejsca w szkole.
Zdziwiła mnie jego zagniewana mina.
- Ech, ci ludzie - burknął. - Doktor Cullen to doskonały chirurg, który mógłby pewnie
pracować w każdym szpitalu na świecie i zarabiać dziesięć razy więcej niż teraz. -
Wzburzony, stopniowo podnosił glos. - Mamy szczęście, że osiedlił się tutaj. Ze jego żona
zgodziła się zamieszkać w małym mieście. To prawdziwy skarb, a wszystkie jego dzieci są
dobrze wychowane. Też miałem wątpliwości, kiedy się tu sprowadzili z piątką adoptowanych
nastolatków. Balem się, że będą z nimi jakieś problemy. Ale okazało się, że to dojrzali młodzi
ludzie i nigdy nie musiałem zaprzątać sobie nimi głowy. A nie mogę tego powiedzieć o
pociechach wielu z tych, którzy mieszkają tu od pokoleń. Trzymają się razem, jak przystało
na kochającą się rodzinę - co drugi weekend jeżdżą razem pochodzić po górach... Tylko,
dlatego, że są nowi, ludzie się na nich uwzięli.
Była to najdłuższa przemowa Charliego, jaką w życiu słyszałam. Musiał naprawdę
przejmować się tymi plotkami.
Postanowiłam nie opowiadać mu o swoich doświadczeniach i Edwardem.
- Wydają się mili. Po prostu zauważyłam, że trzymają się razem. I bombowo
wyglądają - dodałam, żeby udobruchać tatę.
- Żałuj, że nie widziałaś samego doktora - roześmiał się Charlie. - Dzięki Bogu, że
jego małżeństwo jest udane. Wiele pielęgniarek ze szpitala ma trudności z koncentracją, kiedy
Cullen kręci się w pobliżu.
Obiad dokończyliśmy w milczeniu. Zabrałam się do mycia naczyń - nie było
zmywarki - a tato posprzątał ze stołu i wrócił przed telewizor. Gdy skończyłam, poczłapałam
niechętnie na górę zrobić zadanie z matematyki. Przeczuwałam, że tak oto będzie wyglądał
nasz rozkład dnia.
Noc nareszcie była cicha i zmęczona szybko zasnęłam.
Reszta tygodnia przebiegła bez zakłóceń. Przyzwyczaiłam się do kolejności zajęć. Do
piątku nauczyłam się rozpoznawać niemal wszystkich uczniów, poznałam też imiona
większości z nich. Dziewczyny z mojej drużyny siatkówki wiedziały już, że nie należy
podawać mi piłki i trzeba stawać przede mną, gdy przeciwnik celuje w moją stronę. Byłam
zadowolona z tak obranej taktyki.
Edward nie przyszedł do szkoły ani razu.
Każdego dnia cała w nerwach czekałam, aż Cullenowie pojawią się w stołówce.
Dopiero wtedy mogłam się odprężyć i włączyć do prowadzonych przy stole rozmów.
Dotyczyły głównie wycieczki do La Push Ocean Park, której termin wypadał za dwa
tygodnie, a organizował ją Mikę. Przyjęłam jego zaproszenie jedynie z grzeczności - plaże w
moim przekonaniu powinny być suche i gorące.
W piątek weszłam do sali od biologii, zupełnie już nie myśląc o tym, czy zastanę w
środku Edwarda. Najwyraźniej postanowił rzucić szkołę. Chcąc nie chcąc, martwiłam się
jednak trochę, że to przeze mnie opuszcza lekcje, choć przypuszczenie to wydawało się
absurdalne.
Również w mój pierwszy weekend w Forks nie wydarzyło się nic szczególnego.
Charlie, nienawykły do przesiadywania w domu, większość czasu spędził po prostu w pracy.
Sprzątnęłam cały dom, odrobiłam zadania domowe i napisałam do mamy fałszywie
optymistycznego maila. W sobotę podjechałam też do miejscowej biblioteki, ale była tak
marnie zaopatrzona, że nie było sensu się zapisywać. Stwierdziłam, że wybiorę się niedługo
do Olympii lub Seattle w poszukiwaniu jakiejś dobrej księgarni. Zastanawiałam się przez
chwilę, ile też moje auto może palić na setkę, i nieco się przeraziłam.
Przez cały weekend padało, ale niezbyt mocno, mogłam, więc wysypiać się bez
przeszkód.
W poniedziałek na parkingu, co rusz ktoś mnie pozdrawiał. Nie pamiętałam imion
wszystkich tych ludzi, ale uśmiechałam się do każdego i odmachiwałam. Było zimno, ale na
szczęście nie lalo. Na angielskim jak zwykle siedziałam z Mikiem. Mieliśmy niezapowiedziany
test z Wichrowych wzgórz, ale był prosty, bez żadnych podchwytliwych pytań.
Nigdy bym nie pomyślała, że po tygodniu będę się czuć w szkole tak pewnie, że będę
taka zadomowiona. Przekraczało to moje najśmielsze oczekiwania.
Kiedy wyszliśmy na dwór, powietrze wypełniały wirujące, białe drobinki. Do moich
uszu dotarły wesołe okrzyki. Zimny wiatr osmagał mi nos i policzki.
- Fajno - powiedział Mike. - Pada śnieg.
Spojrzałam na kłębki waty zbierające się wzdłuż krawężników, a potem na te kołujące
chaotycznie wokół mojej głowy.
- Hm? - No tak. Śnieg. Zegnaj, udany dniu. Mikę wyglądał na zaskoczonego.
- Nie lubisz śniegu?
- Nie. Oznacza, że już za zimno na deszcz. - Czy to nie oczywiste? - Poza tym, gdzie
się podziały te słynne płatki? No wiesz, każdy jedyny w swoim rodzaju i takie tam. Te tu
przypominają końce wacików do uszu.
- Nigdy nie widziałaś, jak pada śnieg? - spytał z niedowierzaniem w głosie.
- Jasne, że widziałam. W telewizji.
Chłopak wybuchł śmiechem i w tym samym momencie dostał w tył głowy
obrzydliwą, topniejącą śnieżką. Odwróciliśmy się natychmiast, by zobaczyć, kto ją rzucił.
Stawiałam na Erica, który oddalał się właśnie pospiesznie - i to nie w kierunku budynku, w
którym miał następną lekcję. Mike również go widać podejrzewał, bo przykucnął i zaczął
formować z puchu własny pocisk.
- Zobaczymy się na lunchu, dobra? - rzuciłam, odchodząc. - Wolę siedzieć w środku,
kiedy ludzie zaczynają w siebie ciskać tym mokrym paskudztwem.
Skinął tylko głową, wpatrzony w oddalającą się sylwetkę przeciwnika.
Przez cały ranek wszyscy trajkotali wielce podekscytowani o śniegu - najwyraźniej
padał po raz pierwszy w tym roku. Nie brałam udziału w tych rozmowach. Biały puch był
niby suchszy od deszczu, ale przecież topniał i tylko moczył skarpetki.
Do stołówki wybrałam się rozważnie w towarzystwie Jessiki. W powietrzu aż roiło się
od śnieżek. W ręku trzymałam skoroszyt, gotowa w razie potrzeby użyć go jako tarczy.
Jessica uważała, że zachowuję się dziwnie, ale coś w moich oczach kazało jej przestać
wychwalać tę brutalną rozrywkę.
Mikę dołączył do nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha, z kawałkami
topniejącego lodu we włosach, niszczącymi jego misterną fryzurę. Gdy stawaliśmy na końcu
kolejki, dyskutowali z Jessica zawzięcie o walce na śnieżki. Z przyzwyczajenia zerknęłam w
stronę stolika dziwacznego rodzeństwa i zamarłam. Siedziała przy nim cala piątka.
Jessica pociągnęła mnie za rękaw.
- Hej, Bella, co dziś bierzesz?
Odwróciłam wzrok. Piekły mnie uszy. Nie przejmuj się, uspokajałam się w myślach.
Nie zrobiłaś nic złego.
- Co z nią? - Mike coś zauważył.
- Nic, nic - odpowiedziałam. - Wezmę tylko napój. - I przesunęłam się z kolejką
o dwa kroki do przodu.
- Nie jesteś głodna? - spytała Jessica.
- Zrobiło mi się tak jakoś niedobrze - powiedziałam ze wzrokiem nadal wbitym
w podłogę.
Sączyłam powoli swój napój, a głód skręcał mi kiszki. Niepotrzebnie zatroskany Mikę
dwukrotnie starał się dowiedzieć, jak się czuję. Powiedziałam mu, że to nic takiego,
zastanawiając się jednocześnie, czy może nie wykorzystać swojej niedyspozycji i nie
przeczekać biologii w gabinecie pielęgniarki.
Co za idiotyczny pomysł. Dlaczego miałabym uciekać?
Postanowiłam zerknąć jeden jedyny raz w stronę stolika Cullenów. Jeśli ten
agresywny dziad się na mnie gapi, mam prawo stchórzyć i opuścić następną lekcję.
Zerknęłam pod osłoną rzęs, nie odwracając głowy. Żadne z piątki nie patrzyło w
moim kierunku, odważyłam się, więc przyjrzeć im z nieco większą śmiałością.
Właśnie się śmiali. Chłopcy mieli włosy zupełnie mokre od topniejącego w nich
puchu. Emmett potrząsnął specjalnie głową, żeby dokuczyć dziewczynom, a te odchyliły się
do tyłu. Jak wszyscy inni, cieszyli się pierwszym śniegiem - tyle że, ze względu na ich urodę,
wyglądało to jak scena z filmu.
To rozbawienie było niewątpliwie czymś nowym w ich zachowaniu, ale zmieniło się
coś jeszcze, nie potrafiłam tylko określić dokładnie, co. Przyjrzałam się badawczo
Edwardowi. Nie był już taki blady - być może od zabaw na śniegu - a cienie pod jego oczami
nie raziły już tak intensywną barwą. Ale to nie wszystko... Wciąż nie wiedziałam, o co mi
chodzi, patrzyłam, więc dalej, starając się coś wyłapać.
- Co jest, Bella? - Jessica zerknęła w tę samą stronę, co ja.
W tym samym momencie Edward odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały.
Spuściłam wzrok, pozwalając, by twarz zakryły mi włosy. Byłam jednak pewna, że
nie dostrzegłam w jego oczach nic z dawnej wrogości czy obrzydzenia. Znów wyglądał
jedynie na nieco zaciekawionego i jakby odrobinę zniecierpliwionego.
- Edward Cullen się na ciebie gapi - szepnęła mi do ucha Jessica, chichocząc.
- I nie jest wściekły, prawda? - Nie mogłam się powstrzymać.
- Skąd - zdziwiła się. - A ma jakieś powody?
- Chyba za mną nie przepada - zwierzyłam się. Nadal nie czułam się za dobrze.
Przytuliłam policzek do ramienia.
- Cullenowie nikogo nie lubią, zresztą trudno, żeby lubili, skoro na nikogo nie
zwracają uwagi. Ale on nadal się na ciebie gapi.
- A ty na niego. Przestań - syknęłam.
Żachnęła się, ale posłuchała. Podniosłam głowę, żeby sprawdzić, czy naprawdę tak się
stało, gotowa posunąć się do przemocy, jeśli obstawałaby przy swoim.
Wtedy przerwał nam Mike. Planował urządzić po szkole wielką bitwę na śnieżki na
parkingu i chciał wiedzieć, czy się dołączymy. Jessica przystała na tę propozycję z
entuzjazmem - widać było, że dla niego jest gotowa na wszystko, (a nic nie odpowiedziałam,
decydując w myślach, że przeczekam bitwę w sali gimnastycznej.
Przez resztę lunchu nie rozglądałam się już na boki. Stwierdziłam też, że skoro
Edward nie wygląda na zagniewanego, muszę spełnić daną sobie obietnicę i iść na biologię.
Na myśl, że znowu mam koło niego siedzieć, przechodziły mnie zimne dreszcze.
Nie chciałam iść na lekcję w towarzystwie Mike'a, który był popularnym celem dla
śniegowych snajperów, ale kiedy podeszliśmy do drzwi stołówki, wszyscy prócz mnie
chórem jęknęli z żalu. Padał deszcz i cały śnieg znikał szybko, ściekając z chodników lodowatymi
strużkami. Uśmiechając się w duchu, naciągnęłam na głowę kaptur. Mogłam iść do
domu zaraz po WF - ie!
W drodze do budynku nr 4 musiałam wysłuchiwać narzekań mojego oddanego kolegi.
Wszedłszy do klasy, dostrzegłam z ulgą, że moja ławka jest pusta. Pan Banner kładł
właśnie na każdej po mikroskopie i pudelku z zestawem szkiełek z gotowymi preparatami. Do
dzwonka zostało jeszcze parę minut i salę wypełniał szmer uczniowskich rozmów. Usiadłam i
zaczęłam bazgrolić po okładce zeszytu, starając się nie patrzeć na drzwi.
Usłyszałam wyraźnie, że ktoś odsuwa stojące obok krzesło, ale skupiłam wzrok na
swoim rysunku.
- Hej - powiedział cichym, melodyjnym głosem.
Podniosłam głowę, porażona tym, że do mnie mówi. Znów siedział na przeciwległym
krańcu ławki, ale odwrócony w moją stronę. Włosy miał potargane i mokre, ale i tak
wyglądał, jakby dopiero, co skończył kręcić reklamówkę żelu do włosów. Spoglądał na mnie
przyjaźnie, z delikatnym uśmiechem na boskich wargach, widać było jednak, że ma się na
baczności.
- Nazywam się Edward Cullen - ciągnął. - Nie miałem okazji przedstawić się w
zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bella Swan.
Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Czyżby w zeszły poniedziałek dręczyły
mnie omamy? Teraz zachowywał się zupełnie normalnie i grzecznie. Czekał, musiałam się
odezwać. Tyle, że nic zwyczajowego nie przychodziło mi do głowy.
- Skąd wiesz, jak mam na imię? - wymamrotałam z trudem.
Zaśmiał się cicho, był przy tym taki czarujący.
- Ach, sądzę, że wszyscy tu wiedzą, jak masz na imię. Całe miasteczko żyło twoim
przyjazdem.
Skrzywiłam się. Podejrzewałam, że tak było.
- Nie o to mi chodziło - drążyłam uporczywie. - Skąd wiedziałeś, że powinieneś
powiedzieć „Bella”?
Coś mu się nie zgadzało.
- Wolisz Isabellę?
- Nie, Bellę - powiedziałam - ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata,
nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Nikt inny w szkole nic użył tego zdrobnienia,
witając się ze mną. - Czułam, że robię z siebie kompletną idiotkę.
- Ach tak. - Nie podjął tematu. Zmieszana odwróciłam głowę. Na szczęście w tej
samej chwili pan Banner postanowił rozpocząć lekcję i musiałam skoncentrować się na jego
instrukcjach. Preparaty w pudełkach przedstawiały różne fazy mitozy komórek z czubka korzenia
cebuli, ale nie były ułożone po kolei. Pracując w parach, mieliśmy ustalić właściwą
kolejność i odpowiednio oznaczyć wszystkie szkiełka. Nie mogliśmy korzystać z
podręczników. Za dwadzieścia minut nauczyciel miał zrobić rundkę i sprawdzić, komu się
udało.
- Do dzieła - zakomenderował.
- Jak sądzisz, partnerko - zapytał Edward - panie przodem? - Podniosłam wzrok
i zobaczyłam, że uśmiecha się zawadiacko. Był taki piękny, że zaniemówiłam z wrażenia i
znów wyszłam na idiotkę.
- Albo może ja zacznę, jeśli nie masz nic przeciwko. - Przestał się uśmiechać.
Niechybnie zastanawiał się, czy aby nie jestem opóźniona umysłowo.
- Już się biorę do roboty - odparłam, rumieniąc się.
Trochę się popisywałam, ale tylko odrobinkę. Przerabiałam już to w Phoenix i
wiedziałam, czego szukać. Umieściłam pierwsze szkiełko we właściwym miejscu, nastawiłam
czterdziestokrotne powiększenie i zerknęłam w okular.
- To profaza - oświadczyłam z przekonaniem.
- Pozwolisz, że zajrzę? - spytał, gdy przymierzałam się do zmienienia szkiełka.
By mnie powstrzymać, położył swoją dłoń na mojej. Jego palce były lodowate, jakby przed
lekcją trzymał je w śnieżnej zaspie. Ale to nie, dlatego odskoczyłam, cofając rękę. Kiedy
mnie dotknął, przeszła jakaś iskra, poczułam się tak, jakby poraził mnie prądem.
- Przepraszam - bąknął, zostawił mnie w spokoju i sięgnął po mikroskop. Nadal,
nieco rozdygotana, przyglądałam się, jak bada próbkę. Zajęło mu to jeszcze mniej czasu niż
mnie.
- Profaza - zgodził się, wpisując to słowo w pierwszą rubrykę naszego arkusza.
Zgrabnym ruchem wymienił szkiełko na następne i przyjrzał mu się pobieżnie.
- Anafaza - mruknął pod nosem, wypełniając kolejną rubrykę.
- Pozwolisz? - Starałam się przybrać obojętny ton.
Uśmiechnął się z wyższością i przesunął mikroskop w moją stronę.
Z ochotą przypięłam się do okularu, ale spotkało mnie rozczarowanie. Skurczybyk
miał rację.
- Preparat numer trzy? - Nie patrząc na Edwarda, wyciągnęłam rękę.
Podał mi go z wielką ostrożnością. Wydawało się, że nie chce za nic drugi raz
popełnić tego samego błędu i dotknąć mojej skóry. Ambitnie ledwo zerknęłam na komórki.
- Interfaza. - Podałam mu mikroskop, zanim o niego poprosił.
Rzucił okiem na próbkę i zapisał nazwę fazy. Mogłam sama to zrobić, ale onieśmielał
mnie jego niezwykle schludny i elegancki charakter pisma. Nie chciałam oszpecić arkusza
swoimi kulfonami.
Skończyliśmy z dużą przewagą nad pozostałymi. Widziałam, że Mikę i jego partnerka,
niezdecydowani, porównywali bez końca dwa preparaty, a inna para trzyma pod stołem
otwarty podręcznik.
W rezultacie nie miałam nic do roboty poza pilnowaniem się, żeby nie zerkać na
sąsiada. Nic z tego. Okazało się, że znów się we mnie wpatruje, z tą samą niewytłumaczalną
frustracją w oczach, co w stołówce. Nagle zorientowałam się, jaka to zmiana zaszła w wyglądzie
całej piątki.
- Nosisz szkła kontaktowe? - spytałam bez zastanowienia. Odniosłam wrażenie, że to
niespodziewane pytanie zbiło go z tropu.
- Nie.
- Ach - zmieszałam się. - Nic takiego. Wydawało mi się, że miałeś jakieś takie inne
oczy.
Wzruszył tylko ramionami. Przestałam patrzeć w jego stronę. Coś się nie zgadzało.
Mogłabym przysiąc, że w zeszłym tygodniu, kiedy wpatrywał się we mnie z wściekłością,
były ciemne. Pamiętałam wyraźnie ich matową czerń kontrastującą z jego bladą skórą i
kasztanowymi włosami. Dziś miały zupełnie inny kolor: dziwny odcień ochry, ciemniejszy od
kajmaku, ale w podobny sposób złocisty. Zachodziłam w głowę, jak to możliwe - chyba, że, z
jakichś powodów nie chciał się przyznać, że nosi kontakty. Albo to Forks miało a mnie taki
wpływ i po prostu stopniowo traciłam rozum. Zerknęłam pod ławkę. Edward znów ścisnął
dłoń w pięść. Pan Banner podszedł do naszego stołu sprawdzić, czemu nie pracujemy.
Zauważywszy wypełniony arkusz z odpowiedziami, uspokoił się i ocenił, że są prawidłowe.
- Nie pomyślałeś, Edwardzie, że byłoby grzecznie dać szansę Isabelli? - spytał.
- Belli - poprawił go odruchowo chłopak. - Sama zidentyfikowała trzy na pięć.
Nauczyciel przyjrzał mi się sceptycznie.
- Przerabiałaś to już wcześniej?
- Nie z komórkami cebuli. - Uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Na blastulisiei?
- Tak.
Pokiwał głową.
- W Phoenix chodziłaś na biologię dla zaawansowanych?
- Tak.
- Cóż - skwitował po chwili namysłu. - W takim razie dobrze się złożyło, że
siedzicie razem. - Odchodząc, wymamrotał coś jeszcze. Powróciłam do gryzmolenia po
okładce zeszytu.
- Szkoda, że ze śniegu nic nie zostało, prawda? - spytał Edward. Odniosłam
wrażenie, że zmusza się do rozmowy. Paranoja znów dawała mi się we znaki. Zaczęłam się
bać, że podsłuchał, jak rozmawiałam z Jessicą przy lunchu, i teraz będzie próbował przekonać
mnie do zimowej aury.
- Ja tam się cieszę - odpowiedziałam szczerze, zamiast udawać normalną.
Wszystko, dlatego, że nie mogłam się skupić, wciąż gnębiona idiotycznymi podejrzeniami.
- Nie lubisz zimna. - To nie było pytanie.
- Ani wilgoci.
- Musisz się tu męczyć.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Dziwne, ale wydal się tym zafascynowany. Jego twarz mnie rozpraszała.
Postanowiłam ograniczyć kontakt wzrokowy z rozmówca do absolutnego minimum.
- To, dlaczego tu przyjechałaś?
Nikt wcześniej nie zadał mi tego pytania, a przynajmniej nie tak bezceremonialnie.
- To trochę skomplikowane.
- Chyba się nie pogubię - naciskał.
Zamyśliłam się na chwilę, a potem popełniłam błąd - odwróciłam głowę i nasze oczy
się spotkały. Zmieszana odpowiedziałam bez namysłu:
- Moja mama ponownie wyszła za mąż.
- To akurat nie jest zbyt skomplikowane - wtrącił, ale zaraz dodał zaskakująco
przyjaznym tonem terapeuty: - Kiedy dokładnie?
- We wrześniu. - Zdziwiłam się, słysząc smutek we własnym glosie.
- A ty nic przepadasz za ojczymem? - zasugerował delikatnie Edward.
- Nie, jest w porządku. Może trochę za miody, ale miły.
- Dlaczego nadal z nimi nie mieszkasz?
Nie wiedziałam, czemu go to tak interesuje. Przyglądał mi się badawczo, jakby
historia mojego życia była dla niego czymś niezwykle ważnym.
- Phil dużo podróżuje. Jest zawodowym baseballistą.
Uśmiechnęłam się blado.
- Czy istnieje możliwość, że znam jego nazwisko? - spytał, odwzajemniając
uśmiech.
- Raczej nie. Nie jest jakiś specjalnie dobry. Nigdy nie trafił do pierwszej ligi.
Często się przeprowadza.
- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć. - Znów było to
stwierdzenie, a nie pytanie.
Wysunęłam brodę do przodu.
- Nikt mnie nie przysyłał. Sama się przysłałam.
Zmarszczył czoło.
- Nie rozumiem - przyznał. Nie wiedzieć, czemu, najwyraźniej był tym faktem
zmartwiony.
Westchnęłam. Po co w ogóle zaczęłam mu to wszystko tłumaczyć? Nadal przyglądał
mi się z nieukrywanym zaciekawieniem.
- Z początku została ze mną, ale tęskniła. Było jej ciężko. Postanowiłam, że będzie
lepiej, jeśli nareszcie spędzę trochę czasu z Charliem. - To ostatnie zdanie powiedziałam już
niemal grobowym tonem.
- Ale teraz to tobie jest ciężko - przypomniał mi.
- No to co? - spytałam prowokująco.
- To chyba nie fair. - Wzruszył ramionami, ale w jego oczach żarzyły się iskierki
buntu.
Zaśmiałam się gorzko.
- Nikt cię jeszcze nie uświadomił? Takie jest życie.
- Chyba coś obiło mi się o uszy - przyznał chłodno.
- Życie nic jest fair i tyle - podsumowałam, zastanawiając się, po kiego licha się
we mnie tak wpatruje.
Patrzył się teraz tak, jakby mnie oceniał.
- Robisz dobrą minę do złej gry - oświadczył, starannie dobierając słowa. - Ale założę
się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak naprawdę cierpisz.
Skrzywiłam się tylko i odwróciłam wzrok, choć miałam ochotę pokazać mu język
niczym pięciolatka.
- Czy się mylę? Próbowałam go zignorować.
- Nie sądzę - dodał pewnym tonem.
- Co cię to w ogóle obchodzi? - warknęłam poirytowana, nie patrząc w jego
stronę. Nauczyciel nadal krążył po klasie, sprawdzając wyniki poszczególnych par.
- Dobre pytanie - szepnął tak cicho, jakby sam zaczął zastanawiać się, co nim
kieruje. Spodziewałam się jakiejś odpowiedzi, ale Po kilku sekundach ciszy zorientowałam
się, że nic z tego.
Westchnęłam i wlepiłam wzrok w tablicę.
- Drażnię cię? - spytał. Wydawał się rozbawiony.
Po raz kolejny zerknęłam na niego nierozważnie, w rezultacie mówiąc prawdę.
- Niezupełnie. Jestem raczej zła na siebie. Tak łatwo się czerwienię. Mama zawsze
powtarza, że moja twarz to otwarta księga. - Nachmurzyłam się.
- Wręcz przeciwnie. Trudno mi cię przejrzeć. - Chociaż tyle mu o sobie
opowiedziałam i tylu rzeczy się domyślił, o dziwo, zabrzmiało to szczerze.
- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów.
- Zazwyczaj nic. - Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając rząd prościutkich,
śnieżnobiałych zębów.
Na szczęście pan Banner poprosił klasę o uwagę i z ulgą odwróciłam się w jego
stronę. Trudno mi było uwierzyć, że ten piękny, dziwny chłopak, którego stosunek do mnie
pozostawał zagadką, dopiero, co nakłonił mnie do zwierzeń. Dziwne - choć wydawał się
zaabsorbowany naszą rozmową, widziałam teraz kątem oka, że znów odsunął się ode mnie
jak najdalej, a obie dłonie zacisnął nerwowo na kancie blatu.
Bezskutecznie próbowałam skupić uwagę na wyświetlanych właśnie przez
nauczyciela na ścianie poszczególnych fazach mitozy, których rozróżnianie nie nastręczało mi
trudności nawet przez mikroskop.
Kiedy zabrzęczał upragniony dzwonek, Edward poderwał się i wyszedł przed
wszystkimi, podobnie jak to zrobił tydzień wcześniej, a ja, tak jak wtedy, odprowadziłam go
do drzwi pełnym zdumienia spojrzeniem.
Mikę znalazł się w okamgnieniu u mego boku i zaczął pakować moje rzeczy.
Brakowało mu tylko merdającego ogona.
- Co za koszmarne ćwiczenie - jęczał. - Wszystkie wyglądały identycznie. Szczęściara
z ciebie, że miałaś Cullena do pomocy.
- Wcale nie potrzebowałam pomocy - palnęłam obruszona i ugryzłam się w język. -
Już to przerabiałam - dodałam natychmiast, żeby nie wyjść na samochwałę.
- Cullen był dziś milusi, prawda? - zauważył Mike, wkładając kurtkę. Nie był raczej
tym spostrzeżeniem zachwycony.
- Nie mam pojęcia, co go naszło w zeszły poniedziałek - powiedziałam kłamliwie
obojętnym tonem.
Idąc z moim wiernym towarzyszem do sali gimnastycznej, nie potrafiłam
skoncentrować się na tym, co mówi, a i lekcja WF - u nic wyrwała mnie z zamyślenia. Dzięki
Mike'owi, który grał ze mną w jednej drużynie i pilnował rycersko także mego kawałka
boiska, mogłam fantazjować do woli, przerywając jedynie na serwy. Pozostali zawodnicy,
nauczeni doświadczeniem, umykali wówczas przezornie na boki.
Gdy szlam na parking, mżyło tylko delikatnie, ale i tak z ulgą zamknęłam się w suchej
szoferce. Włączając ogrzewanie, po raz pierwszy nie przejmowałam się rykiem silnika.
Rozpięłam kurtkę, spuściłam kaptur na plecy i rozczesałam palcami włosy, strosząc je przy
tym nieco, żeby łatwiej było im wyschnąć w drodze do domu.
Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie. Nagle zauważyłam nieruchomą
postać w bieli. Edward Cullen stal trzy auta dalej, opierając się o przednie drzwiczki swojego
volvo, i nie spuszczał ze mnie wzroku. Natychmiast spojrzałam w inną stronę i pospiesznie
wrzuciłam wsteczny - mało brakowało, a staranowałabym rdzewiejącą toyotę corollę. Na
szczęście w porę wcisnęłam hamulec. Taką toyotę moja solidna furgonetka jak nic
rozniosłaby na strzępy. Nadal ignorując chłopaka, wzięłam głęboki wdech i ostrożnie
ponowiłam manewr. Tym razem poszło lepiej. Opuściłam parking ze wzrokiem wbitym w
jezdnię, ale mogłabym przysiąc, że kiedy mijałam volvo, Edward się śmiał.
Następny dzień był lepszy i gorszy zarazem.
Lepszy, ponieważ rano jeszcze nie padało, chociaż niebo spowite było
nieprzepuszczającymi światła chmurami. Wiedziałam też już, czego mogę się spodziewać. W
szkole Mike usiadł ze mną na angielskim i odprowadził na następną lekcję, czemu Eric
przyglądał się nienawistnie. Nie powiem, schlebiało mi to. Pozostali uczniowie rzadziej się na
mnie gapili, a lunch zjadłam w towarzystwie Mike'a, Erica, Jessiki i paru innych osób, które
już rozpoznawałam. Pamiętałam nawet, jak mają na imię. Nieśmiało budziła się we mnie nadzieja,
że oto stąpam po wodzie, zamiast w niej tonąć.
Gorszy, bo byłam zmęczona po kolejnej zarwanej nocy. Nadal przeszkadzał mi
huczący wkoło domu wiatr. Gorszy, ponieważ pan Verner wywołał mnie do odpowiedzi na
trygonometrii, chociaż wcale się nie zgłaszałam, a nie znałam prawidłowego rozwiązania.
Gorszy, bo grając w znienawidzoną siatkówkę, gdy jeden jedyny raz nie uciekłam przed
piłką, trafiłam nią w głowę koleżanki z drużyny. A najokropniejsze było to, że Edward Cullen
nie przyszedł do szkoły.
W Stanach Zjednoczonych wszyscy uczniowie zaczynają i kończą lekcje o tej samej godzinie.
Cały ranek bałam się, że będzie obrzucał mnie wrogimi spojrzeniami w stołówce, a
jednocześnie miałam ochotę spytać się go, wprost, co jest grane. Przed zaśnięciem
planowałam nawet, co mu powiem, choć znałam siebie zbyt dobrze, by wierzyć, że zdobędę
się na odwagę.
Jednak, kiedy weszłam, z Jessicą do stołówki i nie mogąc się powstrzymać, zerknęłam
w stronę stolika Cullenów, zobaczyłam, że siedzą przy nim tylko cztery osoby. Mojego
prześladowcy wśród nich nie było.
Pojawił się Mike i wskazał nam drogę do swojego stolika. Jessica Wydawała się
zachwycona jego zainteresowaniem, a jej paczka szybko do nas dołączyła. Gdy wszyscy
wokół mnie przekomarzali się Wesoło, siedziałam jak na szpilkach, czekając na przybycie
Edwarda. Modliłam się, żeby po prostu mnie zignorował. Mogłabym wtedy myśleć, że
poprzedniego dnia źle zinterpretowałam fakty.
Z minuty na minutę robiłam się coraz bardziej spięta.
Wchodząc do gabinetu biologicznego, czułam się już nieco lepiej - chłopak nie
przyszedł przecież na lunch. Mike, który charakterem przypominał golden retrievera, był
rzecz jasna u mojego boku. Na progu wstrzymałam na chwilę oddech, ale zaraz przekonałam
się, że i tu Edward nie dotarł. Odetchnąwszy z ulgą, ruszyłam w stronę swojego miejsca,
Mike trajkotał tymczasem o zbliżającej się wycieczce nad morze. Stał jeszcze jakiś czas przy
mojej ławce, a gdy zabrzęczał dzwonek na lekcję, uśmiechnął się smutno i poszedł usiąść
koło jakiejś dziewczyny z aparatem na zębach i nieudaną trwałą. Wszystko wskazywało na to,
że będę niedługo musiała podjąć jakąś decyzję w związku z Mikiem i nie będzie ona należała
do łatwych. W mieście tak małym jak Forks, gdzie plotki i ostracyzm naprawdę potrafią
uprzykrzyć człowiekowi życie, wskazana była dyplomacja. Miałam świadomość, że nie
należę do osób przesadnie taktownych i brakuje mi doświadczenia w obchodzeniu się z
chłopcami.
Wiedziałam, że powinnam być wniebowzięta, bo mam całą ławkę tylko dla siebie i nie
muszę znosić obecności nieprzychylnego mi sąsiada, ale dręczyło mnie podejrzenie, że to z
mojego powodu opuszcza lekcje. Ty mała egocentryczno, myślałam, przecież to nie ma
sensu. Jak mogłabyś wzbudzić u kogoś podobnie silne uczucia? To niemożliwe. A mimo to
martwiłam się, że moje przypuszczenia się sprawdzą.
Gdy lekcje wreszcie dobiegły końca i przybladł rumieniec, jaki zakwitł na mojej
twarzy po wypadku na meczu, szybko przebrałam się z powrotem w dżinsy i granatowy
sweter, żeby przy drzwiach damskiej szatni nie zastać mojego wiernego retrievera. Raźnym
krokiem dotarłam na szkolny parking, gdzie kręciło się już sporo odjeżdżających uczniów. W
aucie przeszukałam jeszcze torbę, aby upewnić się, czy mam wszystko, czego mi potrzeba.
Poprzedniego wieczoru odkryłam, że Charlie nie umie przygotować nic poza
przysłowiową jajecznicą, poprosiłam, więc, aby do mojego wyjazdu pozwolił mi objąć rządy
w kuchni. Uczynił to chęcią - Odkryłam również, że w domu nie ma żadnych zapasów.
Uzbrojona w listę zakupów i nieco gotówki z ojcowskiego słoika z napisem „spożywka”,
planowałam pojechać po szkole do supermarketu.
Ignorując uczniów, którzy odwrócili głowy, słysząc huk silnika dołączyłam do kolejki
pojazdów, czekających na wyjazd. Próbowałam udawać, że to nie z mojego wozu
wydobywają się te ogłuszające dźwięki. Zauważyłam Cullenów i bliźnięta Hale wsiadających
do auta. Było to owo lśniące nowością volvo. No tak. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na ich
ubrania - przedtem zbytnio zafascynowały mnie twarze tej czwórki. Strojem także się wyróżniali.
Byli ubrani skromnie, ale można było poznać, że gustują w markach z najwyższej
półki. Zresztą, z takim wyglądem mogliby chodzić w ścierkach do naczyń i nadal robić
wrażenie. Mieli, zatem i urodę, i pieniądze - wydawało się, że to trochę nic fair. Ale tak to już
zwykle w życiu bywa. No i mimo wszystko nikt tu za nimi chyba nie przepadał.
Nie, tu już przesadziłam. Jeśli nie mieli przyjaciół, to tylko z własnego wyboru. Takie
twarze musiały otwierać przed nimi wszystkie drzwi.
Gdy ich mijałam, podobnie jak pozostali odwrócili głowy, żeby zobaczyć, skąd
dochodzi ten straszny hałas. Starałam się nie spuszczać wzroku z drogi i z ulgą opuściłam
nareszcie teren szkoły.
Supermarket znajdował się zaledwie kilka przecznic dalej. Wnętrze sklepu wyglądało
zupełnie normalnie, jak w okolicach domu, co nieco poprawiło mi humor. W Phoenix
robienie zakupów też należało do moich obowiązków i z przyjemnością oddalam się
znajomemu zajęciu. Hala była na tyle duża, że nie słyszałam bębnienia deszczu o dach, które
przypominałoby mi o tym, gdzie jestem.
Po powrocie poupychałam kupione produkty w szafkach, mając nadzieję, że Charlie
nie będzie miał nic przeciwko. Ziemniaki owinęłam folią aluminiową i włożyłam do
piekarnika, a steki pokryłam marynatą i postawiłam w lodówce na chybotliwym nieco
kartonie z jajkami.
Skończywszy przygotowania do obiadu, poszłam ze szkolną torbą na górę. Zanim
zabrałam się do odrabiania zadań domowych, przebrałam się w parę suchych spodni od dresu,
zebrałam wilgotne włosy w koński ogon i po raz pierwszy od przyjazdu sprawdziłam
skrzynkę mailową. Miałam trzy nowe wiadomości.
Pierwsza była od mamy. Pisała:
Daj znać zaraz po przyjeździe, jak ci minął lot? Pada? Już za tobą tęsknię. Niedługo
skończę pakowanie przed Florydą, ale nigdzie nie mogę znaleźć swojej różowej bluzki. Wiesz
może, gdzie ją położyłam? Masz pozdrowienia od Phita. Mama
Westchnęłam i otworzyłam następnego maila. Wysiano go osiem godzin po
pierwszym.
Bello, dlaczego nie odpisujesz? Na co czekasz? Mama
Ostatni przyszedł dziś rano.
Isabello, jeśli nie odpiszesz do 17.30, dzwonię do Charliego.
Zerknęłam na zegar. Miałam jeszcze godzinę, ale mama znana była z popędliwości.
Spokojnie, Mamo. Już odpisuję. Nie wszczynaj alarmu. Bella
Wysiałam wiadomość i zaczęłam pisać nową.
Jest fantastycznie. Oczywiście pada. Chciałam napisać dopiero, jak będzie, o czym.
Szkoła niezła, tylko trochę monotonnie. Poznałam parę fajnych osób, które siadają teraz ze
mną w stołówce.
Twoja bluzka jest w pralni chemicznej. Miałaś ją odebrać w zeszły piątek.
Nie uwierzysz, Chanie kupił mi furgonetkę! Zakochałam się w niej pierwszego
wejrzenia, jest stara, ale solidna - dla mnie wystarczy.
Też za tobą tęsknię. Niedługo znowu napiszę, ale nie mam zamiaru sprawdzać
skrzynki, co pięć minut. Wyluzuj, weź głęboki wdech. Kocham cię.
Bella
Postanowiłam poprzedniego dnia, że przeczytam ponownie Wichrowe wzgórza, które
właśnie przerabialiśmy na angielskim - ot tak, dla zabicia czasu - i gdy Charlie wrócił do
domu, byłam pogrążona w lekturze. Straciłam poczucie czasu. Popędziłam na dół, by wyjąć
ziemniaki z piekarnika i usmażyć steki.
- Bella? - zawołał ojciec, słysząc mnie na schodach. A któżby inny, pomyślałam.
- Cześć, tato. Witaj w domu.
- Hej. - Odpiął kaburę i zdjął wysokie buty, przyglądając się, jak krzątam się po
kuchni. O ile wiedziałam, nigdy na służbie nie użył broni, ale zawsze miał ją w gotowości.
Kiedy byłam mała, zaraz po powrocie do domu wyjmował z niej naboje. Najwyraźniej uważał
teraz, że jestem już dość duża, by nie postrzelić się przez pomyłkę, a także nie na tyle
zdesperowana, żeby popełnić samobójstwo.
- Co na obiad? - zapytał nieufnie. Moja mama była kucharką pełną fantazji i jej
eksperymenty nie zawsze nadawały się do spożycia. Zaskoczył mnie smutno tym, że nadal o
tym pamiętał.
- Steki z ziemniakami - odpowiedziałam. Wyglądał na usatysfakcjonowanego.
Chyba czuł się niezręcznie, stojąc tak z założonymi rękami, poszedł, więc do saloniku
oglądać telewizję. Dla obojga z nas było to najlepsze rozwiązanie. Gdy steki smażyły się na
patelni, przyrządziłam sałatkę i nakryłam do stołu.
Zawołałam, że obiad jest już gotowy. Zapach, wypełniający kuchnię, przywitał
uśmiechem.
- Ładnie pachnie, Bell.
- Dzięki.
Przez kilka minut jedliśmy w zupełnym milczeniu. Było nam z tym dobrze, cisza nas
nie krępowała. Poniekąd nadawaliśmy się do mieszkania razem.
- A jak tam w szkole? Masz już jakieś koleżanki? - odezwał się w końcu ojciec,
sięgając po dokładkę.
- Chodzę na kilka przedmiotów z taką jedną Jessicą. Siadam z jej paczką w
stołówce. Jest jeszcze Mikę. Bardzo uczynny chłopak. W ogóle wszyscy są raczej mili.
Z jednym bardzo ciekawym wyjątkiem.
- To jak nic Mike Newton. Miły dzieciak. Porządna rodzina. Jego ojciec ma
sklep ze sprzętem sportowym za miastem. Forks leży na szlaku, więc dobrze zarabia na tych
wszystkich turystach, których tu pełno.
- Znasz może rodzinę Cullenów? - zapytałam ostrożnie.
- Doktora Cullena? Jasne. To wielki człowiek.
- Ich dzieci... Trochę się wyróżniają. Chyba nie znalazły sobie miejsca w szkole.
Zdziwiła mnie jego zagniewana mina.
- Ech, ci ludzie - burknął. - Doktor Cullen to doskonały chirurg, który mógłby pewnie
pracować w każdym szpitalu na świecie i zarabiać dziesięć razy więcej niż teraz. -
Wzburzony, stopniowo podnosił glos. - Mamy szczęście, że osiedlił się tutaj. Ze jego żona
zgodziła się zamieszkać w małym mieście. To prawdziwy skarb, a wszystkie jego dzieci są
dobrze wychowane. Też miałem wątpliwości, kiedy się tu sprowadzili z piątką adoptowanych
nastolatków. Balem się, że będą z nimi jakieś problemy. Ale okazało się, że to dojrzali młodzi
ludzie i nigdy nie musiałem zaprzątać sobie nimi głowy. A nie mogę tego powiedzieć o
pociechach wielu z tych, którzy mieszkają tu od pokoleń. Trzymają się razem, jak przystało
na kochającą się rodzinę - co drugi weekend jeżdżą razem pochodzić po górach... Tylko,
dlatego, że są nowi, ludzie się na nich uwzięli.
Była to najdłuższa przemowa Charliego, jaką w życiu słyszałam. Musiał naprawdę
przejmować się tymi plotkami.
Postanowiłam nie opowiadać mu o swoich doświadczeniach i Edwardem.
- Wydają się mili. Po prostu zauważyłam, że trzymają się razem. I bombowo
wyglądają - dodałam, żeby udobruchać tatę.
- Żałuj, że nie widziałaś samego doktora - roześmiał się Charlie. - Dzięki Bogu, że
jego małżeństwo jest udane. Wiele pielęgniarek ze szpitala ma trudności z koncentracją, kiedy
Cullen kręci się w pobliżu.
Obiad dokończyliśmy w milczeniu. Zabrałam się do mycia naczyń - nie było
zmywarki - a tato posprzątał ze stołu i wrócił przed telewizor. Gdy skończyłam, poczłapałam
niechętnie na górę zrobić zadanie z matematyki. Przeczuwałam, że tak oto będzie wyglądał
nasz rozkład dnia.
Noc nareszcie była cicha i zmęczona szybko zasnęłam.
Reszta tygodnia przebiegła bez zakłóceń. Przyzwyczaiłam się do kolejności zajęć. Do
piątku nauczyłam się rozpoznawać niemal wszystkich uczniów, poznałam też imiona
większości z nich. Dziewczyny z mojej drużyny siatkówki wiedziały już, że nie należy
podawać mi piłki i trzeba stawać przede mną, gdy przeciwnik celuje w moją stronę. Byłam
zadowolona z tak obranej taktyki.
Edward nie przyszedł do szkoły ani razu.
Każdego dnia cała w nerwach czekałam, aż Cullenowie pojawią się w stołówce.
Dopiero wtedy mogłam się odprężyć i włączyć do prowadzonych przy stole rozmów.
Dotyczyły głównie wycieczki do La Push Ocean Park, której termin wypadał za dwa
tygodnie, a organizował ją Mikę. Przyjęłam jego zaproszenie jedynie z grzeczności - plaże w
moim przekonaniu powinny być suche i gorące.
W piątek weszłam do sali od biologii, zupełnie już nie myśląc o tym, czy zastanę w
środku Edwarda. Najwyraźniej postanowił rzucić szkołę. Chcąc nie chcąc, martwiłam się
jednak trochę, że to przeze mnie opuszcza lekcje, choć przypuszczenie to wydawało się
absurdalne.
Również w mój pierwszy weekend w Forks nie wydarzyło się nic szczególnego.
Charlie, nienawykły do przesiadywania w domu, większość czasu spędził po prostu w pracy.
Sprzątnęłam cały dom, odrobiłam zadania domowe i napisałam do mamy fałszywie
optymistycznego maila. W sobotę podjechałam też do miejscowej biblioteki, ale była tak
marnie zaopatrzona, że nie było sensu się zapisywać. Stwierdziłam, że wybiorę się niedługo
do Olympii lub Seattle w poszukiwaniu jakiejś dobrej księgarni. Zastanawiałam się przez
chwilę, ile też moje auto może palić na setkę, i nieco się przeraziłam.
Przez cały weekend padało, ale niezbyt mocno, mogłam, więc wysypiać się bez
przeszkód.
W poniedziałek na parkingu, co rusz ktoś mnie pozdrawiał. Nie pamiętałam imion
wszystkich tych ludzi, ale uśmiechałam się do każdego i odmachiwałam. Było zimno, ale na
szczęście nie lalo. Na angielskim jak zwykle siedziałam z Mikiem. Mieliśmy niezapowiedziany
test z Wichrowych wzgórz, ale był prosty, bez żadnych podchwytliwych pytań.
Nigdy bym nie pomyślała, że po tygodniu będę się czuć w szkole tak pewnie, że będę
taka zadomowiona. Przekraczało to moje najśmielsze oczekiwania.
Kiedy wyszliśmy na dwór, powietrze wypełniały wirujące, białe drobinki. Do moich
uszu dotarły wesołe okrzyki. Zimny wiatr osmagał mi nos i policzki.
- Fajno - powiedział Mike. - Pada śnieg.
Spojrzałam na kłębki waty zbierające się wzdłuż krawężników, a potem na te kołujące
chaotycznie wokół mojej głowy.
- Hm? - No tak. Śnieg. Zegnaj, udany dniu. Mikę wyglądał na zaskoczonego.
- Nie lubisz śniegu?
- Nie. Oznacza, że już za zimno na deszcz. - Czy to nie oczywiste? - Poza tym, gdzie
się podziały te słynne płatki? No wiesz, każdy jedyny w swoim rodzaju i takie tam. Te tu
przypominają końce wacików do uszu.
- Nigdy nie widziałaś, jak pada śnieg? - spytał z niedowierzaniem w głosie.
- Jasne, że widziałam. W telewizji.
Chłopak wybuchł śmiechem i w tym samym momencie dostał w tył głowy
obrzydliwą, topniejącą śnieżką. Odwróciliśmy się natychmiast, by zobaczyć, kto ją rzucił.
Stawiałam na Erica, który oddalał się właśnie pospiesznie - i to nie w kierunku budynku, w
którym miał następną lekcję. Mike również go widać podejrzewał, bo przykucnął i zaczął
formować z puchu własny pocisk.
- Zobaczymy się na lunchu, dobra? - rzuciłam, odchodząc. - Wolę siedzieć w środku,
kiedy ludzie zaczynają w siebie ciskać tym mokrym paskudztwem.
Skinął tylko głową, wpatrzony w oddalającą się sylwetkę przeciwnika.
Przez cały ranek wszyscy trajkotali wielce podekscytowani o śniegu - najwyraźniej
padał po raz pierwszy w tym roku. Nie brałam udziału w tych rozmowach. Biały puch był
niby suchszy od deszczu, ale przecież topniał i tylko moczył skarpetki.
Do stołówki wybrałam się rozważnie w towarzystwie Jessiki. W powietrzu aż roiło się
od śnieżek. W ręku trzymałam skoroszyt, gotowa w razie potrzeby użyć go jako tarczy.
Jessica uważała, że zachowuję się dziwnie, ale coś w moich oczach kazało jej przestać
wychwalać tę brutalną rozrywkę.
Mikę dołączył do nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha, z kawałkami
topniejącego lodu we włosach, niszczącymi jego misterną fryzurę. Gdy stawaliśmy na końcu
kolejki, dyskutowali z Jessica zawzięcie o walce na śnieżki. Z przyzwyczajenia zerknęłam w
stronę stolika dziwacznego rodzeństwa i zamarłam. Siedziała przy nim cala piątka.
Jessica pociągnęła mnie za rękaw.
- Hej, Bella, co dziś bierzesz?
Odwróciłam wzrok. Piekły mnie uszy. Nie przejmuj się, uspokajałam się w myślach.
Nie zrobiłaś nic złego.
- Co z nią? - Mike coś zauważył.
- Nic, nic - odpowiedziałam. - Wezmę tylko napój. - I przesunęłam się z kolejką
o dwa kroki do przodu.
- Nie jesteś głodna? - spytała Jessica.
- Zrobiło mi się tak jakoś niedobrze - powiedziałam ze wzrokiem nadal wbitym
w podłogę.
Sączyłam powoli swój napój, a głód skręcał mi kiszki. Niepotrzebnie zatroskany Mikę
dwukrotnie starał się dowiedzieć, jak się czuję. Powiedziałam mu, że to nic takiego,
zastanawiając się jednocześnie, czy może nie wykorzystać swojej niedyspozycji i nie
przeczekać biologii w gabinecie pielęgniarki.
Co za idiotyczny pomysł. Dlaczego miałabym uciekać?
Postanowiłam zerknąć jeden jedyny raz w stronę stolika Cullenów. Jeśli ten
agresywny dziad się na mnie gapi, mam prawo stchórzyć i opuścić następną lekcję.
Zerknęłam pod osłoną rzęs, nie odwracając głowy. Żadne z piątki nie patrzyło w
moim kierunku, odważyłam się, więc przyjrzeć im z nieco większą śmiałością.
Właśnie się śmiali. Chłopcy mieli włosy zupełnie mokre od topniejącego w nich
puchu. Emmett potrząsnął specjalnie głową, żeby dokuczyć dziewczynom, a te odchyliły się
do tyłu. Jak wszyscy inni, cieszyli się pierwszym śniegiem - tyle że, ze względu na ich urodę,
wyglądało to jak scena z filmu.
To rozbawienie było niewątpliwie czymś nowym w ich zachowaniu, ale zmieniło się
coś jeszcze, nie potrafiłam tylko określić dokładnie, co. Przyjrzałam się badawczo
Edwardowi. Nie był już taki blady - być może od zabaw na śniegu - a cienie pod jego oczami
nie raziły już tak intensywną barwą. Ale to nie wszystko... Wciąż nie wiedziałam, o co mi
chodzi, patrzyłam, więc dalej, starając się coś wyłapać.
- Co jest, Bella? - Jessica zerknęła w tę samą stronę, co ja.
W tym samym momencie Edward odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały.
Spuściłam wzrok, pozwalając, by twarz zakryły mi włosy. Byłam jednak pewna, że
nie dostrzegłam w jego oczach nic z dawnej wrogości czy obrzydzenia. Znów wyglądał
jedynie na nieco zaciekawionego i jakby odrobinę zniecierpliwionego.
- Edward Cullen się na ciebie gapi - szepnęła mi do ucha Jessica, chichocząc.
- I nie jest wściekły, prawda? - Nie mogłam się powstrzymać.
- Skąd - zdziwiła się. - A ma jakieś powody?
- Chyba za mną nie przepada - zwierzyłam się. Nadal nie czułam się za dobrze.
Przytuliłam policzek do ramienia.
- Cullenowie nikogo nie lubią, zresztą trudno, żeby lubili, skoro na nikogo nie
zwracają uwagi. Ale on nadal się na ciebie gapi.
- A ty na niego. Przestań - syknęłam.
Żachnęła się, ale posłuchała. Podniosłam głowę, żeby sprawdzić, czy naprawdę tak się
stało, gotowa posunąć się do przemocy, jeśli obstawałaby przy swoim.
Wtedy przerwał nam Mike. Planował urządzić po szkole wielką bitwę na śnieżki na
parkingu i chciał wiedzieć, czy się dołączymy. Jessica przystała na tę propozycję z
entuzjazmem - widać było, że dla niego jest gotowa na wszystko, (a nic nie odpowiedziałam,
decydując w myślach, że przeczekam bitwę w sali gimnastycznej.
Przez resztę lunchu nie rozglądałam się już na boki. Stwierdziłam też, że skoro
Edward nie wygląda na zagniewanego, muszę spełnić daną sobie obietnicę i iść na biologię.
Na myśl, że znowu mam koło niego siedzieć, przechodziły mnie zimne dreszcze.
Nie chciałam iść na lekcję w towarzystwie Mike'a, który był popularnym celem dla
śniegowych snajperów, ale kiedy podeszliśmy do drzwi stołówki, wszyscy prócz mnie
chórem jęknęli z żalu. Padał deszcz i cały śnieg znikał szybko, ściekając z chodników lodowatymi
strużkami. Uśmiechając się w duchu, naciągnęłam na głowę kaptur. Mogłam iść do
domu zaraz po WF - ie!
W drodze do budynku nr 4 musiałam wysłuchiwać narzekań mojego oddanego kolegi.
Wszedłszy do klasy, dostrzegłam z ulgą, że moja ławka jest pusta. Pan Banner kładł
właśnie na każdej po mikroskopie i pudelku z zestawem szkiełek z gotowymi preparatami. Do
dzwonka zostało jeszcze parę minut i salę wypełniał szmer uczniowskich rozmów. Usiadłam i
zaczęłam bazgrolić po okładce zeszytu, starając się nie patrzeć na drzwi.
Usłyszałam wyraźnie, że ktoś odsuwa stojące obok krzesło, ale skupiłam wzrok na
swoim rysunku.
- Hej - powiedział cichym, melodyjnym głosem.
Podniosłam głowę, porażona tym, że do mnie mówi. Znów siedział na przeciwległym
krańcu ławki, ale odwrócony w moją stronę. Włosy miał potargane i mokre, ale i tak
wyglądał, jakby dopiero, co skończył kręcić reklamówkę żelu do włosów. Spoglądał na mnie
przyjaźnie, z delikatnym uśmiechem na boskich wargach, widać było jednak, że ma się na
baczności.
- Nazywam się Edward Cullen - ciągnął. - Nie miałem okazji przedstawić się w
zeszłym tygodniu. A ty musisz być Bella Swan.
Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Czyżby w zeszły poniedziałek dręczyły
mnie omamy? Teraz zachowywał się zupełnie normalnie i grzecznie. Czekał, musiałam się
odezwać. Tyle, że nic zwyczajowego nie przychodziło mi do głowy.
- Skąd wiesz, jak mam na imię? - wymamrotałam z trudem.
Zaśmiał się cicho, był przy tym taki czarujący.
- Ach, sądzę, że wszyscy tu wiedzą, jak masz na imię. Całe miasteczko żyło twoim
przyjazdem.
Skrzywiłam się. Podejrzewałam, że tak było.
- Nie o to mi chodziło - drążyłam uporczywie. - Skąd wiedziałeś, że powinieneś
powiedzieć „Bella”?
Coś mu się nie zgadzało.
- Wolisz Isabellę?
- Nie, Bellę - powiedziałam - ale myślałam, że Charlie, to znaczy mój tata,
nazywa mnie za moimi plecami Isabellą. Nikt inny w szkole nic użył tego zdrobnienia,
witając się ze mną. - Czułam, że robię z siebie kompletną idiotkę.
- Ach tak. - Nie podjął tematu. Zmieszana odwróciłam głowę. Na szczęście w tej
samej chwili pan Banner postanowił rozpocząć lekcję i musiałam skoncentrować się na jego
instrukcjach. Preparaty w pudełkach przedstawiały różne fazy mitozy komórek z czubka korzenia
cebuli, ale nie były ułożone po kolei. Pracując w parach, mieliśmy ustalić właściwą
kolejność i odpowiednio oznaczyć wszystkie szkiełka. Nie mogliśmy korzystać z
podręczników. Za dwadzieścia minut nauczyciel miał zrobić rundkę i sprawdzić, komu się
udało.
- Do dzieła - zakomenderował.
- Jak sądzisz, partnerko - zapytał Edward - panie przodem? - Podniosłam wzrok
i zobaczyłam, że uśmiecha się zawadiacko. Był taki piękny, że zaniemówiłam z wrażenia i
znów wyszłam na idiotkę.
- Albo może ja zacznę, jeśli nie masz nic przeciwko. - Przestał się uśmiechać.
Niechybnie zastanawiał się, czy aby nie jestem opóźniona umysłowo.
- Już się biorę do roboty - odparłam, rumieniąc się.
Trochę się popisywałam, ale tylko odrobinkę. Przerabiałam już to w Phoenix i
wiedziałam, czego szukać. Umieściłam pierwsze szkiełko we właściwym miejscu, nastawiłam
czterdziestokrotne powiększenie i zerknęłam w okular.
- To profaza - oświadczyłam z przekonaniem.
- Pozwolisz, że zajrzę? - spytał, gdy przymierzałam się do zmienienia szkiełka.
By mnie powstrzymać, położył swoją dłoń na mojej. Jego palce były lodowate, jakby przed
lekcją trzymał je w śnieżnej zaspie. Ale to nie, dlatego odskoczyłam, cofając rękę. Kiedy
mnie dotknął, przeszła jakaś iskra, poczułam się tak, jakby poraził mnie prądem.
- Przepraszam - bąknął, zostawił mnie w spokoju i sięgnął po mikroskop. Nadal,
nieco rozdygotana, przyglądałam się, jak bada próbkę. Zajęło mu to jeszcze mniej czasu niż
mnie.
- Profaza - zgodził się, wpisując to słowo w pierwszą rubrykę naszego arkusza.
Zgrabnym ruchem wymienił szkiełko na następne i przyjrzał mu się pobieżnie.
- Anafaza - mruknął pod nosem, wypełniając kolejną rubrykę.
- Pozwolisz? - Starałam się przybrać obojętny ton.
Uśmiechnął się z wyższością i przesunął mikroskop w moją stronę.
Z ochotą przypięłam się do okularu, ale spotkało mnie rozczarowanie. Skurczybyk
miał rację.
- Preparat numer trzy? - Nie patrząc na Edwarda, wyciągnęłam rękę.
Podał mi go z wielką ostrożnością. Wydawało się, że nie chce za nic drugi raz
popełnić tego samego błędu i dotknąć mojej skóry. Ambitnie ledwo zerknęłam na komórki.
- Interfaza. - Podałam mu mikroskop, zanim o niego poprosił.
Rzucił okiem na próbkę i zapisał nazwę fazy. Mogłam sama to zrobić, ale onieśmielał
mnie jego niezwykle schludny i elegancki charakter pisma. Nie chciałam oszpecić arkusza
swoimi kulfonami.
Skończyliśmy z dużą przewagą nad pozostałymi. Widziałam, że Mikę i jego partnerka,
niezdecydowani, porównywali bez końca dwa preparaty, a inna para trzyma pod stołem
otwarty podręcznik.
W rezultacie nie miałam nic do roboty poza pilnowaniem się, żeby nie zerkać na
sąsiada. Nic z tego. Okazało się, że znów się we mnie wpatruje, z tą samą niewytłumaczalną
frustracją w oczach, co w stołówce. Nagle zorientowałam się, jaka to zmiana zaszła w wyglądzie
całej piątki.
- Nosisz szkła kontaktowe? - spytałam bez zastanowienia. Odniosłam wrażenie, że to
niespodziewane pytanie zbiło go z tropu.
- Nie.
- Ach - zmieszałam się. - Nic takiego. Wydawało mi się, że miałeś jakieś takie inne
oczy.
Wzruszył tylko ramionami. Przestałam patrzeć w jego stronę. Coś się nie zgadzało.
Mogłabym przysiąc, że w zeszłym tygodniu, kiedy wpatrywał się we mnie z wściekłością,
były ciemne. Pamiętałam wyraźnie ich matową czerń kontrastującą z jego bladą skórą i
kasztanowymi włosami. Dziś miały zupełnie inny kolor: dziwny odcień ochry, ciemniejszy od
kajmaku, ale w podobny sposób złocisty. Zachodziłam w głowę, jak to możliwe - chyba, że, z
jakichś powodów nie chciał się przyznać, że nosi kontakty. Albo to Forks miało a mnie taki
wpływ i po prostu stopniowo traciłam rozum. Zerknęłam pod ławkę. Edward znów ścisnął
dłoń w pięść. Pan Banner podszedł do naszego stołu sprawdzić, czemu nie pracujemy.
Zauważywszy wypełniony arkusz z odpowiedziami, uspokoił się i ocenił, że są prawidłowe.
- Nie pomyślałeś, Edwardzie, że byłoby grzecznie dać szansę Isabelli? - spytał.
- Belli - poprawił go odruchowo chłopak. - Sama zidentyfikowała trzy na pięć.
Nauczyciel przyjrzał mi się sceptycznie.
- Przerabiałaś to już wcześniej?
- Nie z komórkami cebuli. - Uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Na blastulisiei?
- Tak.
Pokiwał głową.
- W Phoenix chodziłaś na biologię dla zaawansowanych?
- Tak.
- Cóż - skwitował po chwili namysłu. - W takim razie dobrze się złożyło, że
siedzicie razem. - Odchodząc, wymamrotał coś jeszcze. Powróciłam do gryzmolenia po
okładce zeszytu.
- Szkoda, że ze śniegu nic nie zostało, prawda? - spytał Edward. Odniosłam
wrażenie, że zmusza się do rozmowy. Paranoja znów dawała mi się we znaki. Zaczęłam się
bać, że podsłuchał, jak rozmawiałam z Jessicą przy lunchu, i teraz będzie próbował przekonać
mnie do zimowej aury.
- Ja tam się cieszę - odpowiedziałam szczerze, zamiast udawać normalną.
Wszystko, dlatego, że nie mogłam się skupić, wciąż gnębiona idiotycznymi podejrzeniami.
- Nie lubisz zimna. - To nie było pytanie.
- Ani wilgoci.
- Musisz się tu męczyć.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Dziwne, ale wydal się tym zafascynowany. Jego twarz mnie rozpraszała.
Postanowiłam ograniczyć kontakt wzrokowy z rozmówca do absolutnego minimum.
- To, dlaczego tu przyjechałaś?
Nikt wcześniej nie zadał mi tego pytania, a przynajmniej nie tak bezceremonialnie.
- To trochę skomplikowane.
- Chyba się nie pogubię - naciskał.
Zamyśliłam się na chwilę, a potem popełniłam błąd - odwróciłam głowę i nasze oczy
się spotkały. Zmieszana odpowiedziałam bez namysłu:
- Moja mama ponownie wyszła za mąż.
- To akurat nie jest zbyt skomplikowane - wtrącił, ale zaraz dodał zaskakująco
przyjaznym tonem terapeuty: - Kiedy dokładnie?
- We wrześniu. - Zdziwiłam się, słysząc smutek we własnym glosie.
- A ty nic przepadasz za ojczymem? - zasugerował delikatnie Edward.
- Nie, jest w porządku. Może trochę za miody, ale miły.
- Dlaczego nadal z nimi nie mieszkasz?
Nie wiedziałam, czemu go to tak interesuje. Przyglądał mi się badawczo, jakby
historia mojego życia była dla niego czymś niezwykle ważnym.
- Phil dużo podróżuje. Jest zawodowym baseballistą.
Uśmiechnęłam się blado.
- Czy istnieje możliwość, że znam jego nazwisko? - spytał, odwzajemniając
uśmiech.
- Raczej nie. Nie jest jakiś specjalnie dobry. Nigdy nie trafił do pierwszej ligi.
Często się przeprowadza.
- I matka przysłała cię tutaj, żeby móc z nim jeździć. - Znów było to
stwierdzenie, a nie pytanie.
Wysunęłam brodę do przodu.
- Nikt mnie nie przysyłał. Sama się przysłałam.
Zmarszczył czoło.
- Nie rozumiem - przyznał. Nie wiedzieć, czemu, najwyraźniej był tym faktem
zmartwiony.
Westchnęłam. Po co w ogóle zaczęłam mu to wszystko tłumaczyć? Nadal przyglądał
mi się z nieukrywanym zaciekawieniem.
- Z początku została ze mną, ale tęskniła. Było jej ciężko. Postanowiłam, że będzie
lepiej, jeśli nareszcie spędzę trochę czasu z Charliem. - To ostatnie zdanie powiedziałam już
niemal grobowym tonem.
- Ale teraz to tobie jest ciężko - przypomniał mi.
- No to co? - spytałam prowokująco.
- To chyba nie fair. - Wzruszył ramionami, ale w jego oczach żarzyły się iskierki
buntu.
Zaśmiałam się gorzko.
- Nikt cię jeszcze nie uświadomił? Takie jest życie.
- Chyba coś obiło mi się o uszy - przyznał chłodno.
- Życie nic jest fair i tyle - podsumowałam, zastanawiając się, po kiego licha się
we mnie tak wpatruje.
Patrzył się teraz tak, jakby mnie oceniał.
- Robisz dobrą minę do złej gry - oświadczył, starannie dobierając słowa. - Ale założę
się, że nie dajesz po sobie poznać, jak bardzo tak naprawdę cierpisz.
Skrzywiłam się tylko i odwróciłam wzrok, choć miałam ochotę pokazać mu język
niczym pięciolatka.
- Czy się mylę? Próbowałam go zignorować.
- Nie sądzę - dodał pewnym tonem.
- Co cię to w ogóle obchodzi? - warknęłam poirytowana, nie patrząc w jego
stronę. Nauczyciel nadal krążył po klasie, sprawdzając wyniki poszczególnych par.
- Dobre pytanie - szepnął tak cicho, jakby sam zaczął zastanawiać się, co nim
kieruje. Spodziewałam się jakiejś odpowiedzi, ale Po kilku sekundach ciszy zorientowałam
się, że nic z tego.
Westchnęłam i wlepiłam wzrok w tablicę.
- Drażnię cię? - spytał. Wydawał się rozbawiony.
Po raz kolejny zerknęłam na niego nierozważnie, w rezultacie mówiąc prawdę.
- Niezupełnie. Jestem raczej zła na siebie. Tak łatwo się czerwienię. Mama zawsze
powtarza, że moja twarz to otwarta księga. - Nachmurzyłam się.
- Wręcz przeciwnie. Trudno mi cię przejrzeć. - Chociaż tyle mu o sobie
opowiedziałam i tylu rzeczy się domyślił, o dziwo, zabrzmiało to szczerze.
- Pewnie zwykle nie masz z tym kłopotów.
- Zazwyczaj nic. - Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając rząd prościutkich,
śnieżnobiałych zębów.
Na szczęście pan Banner poprosił klasę o uwagę i z ulgą odwróciłam się w jego
stronę. Trudno mi było uwierzyć, że ten piękny, dziwny chłopak, którego stosunek do mnie
pozostawał zagadką, dopiero, co nakłonił mnie do zwierzeń. Dziwne - choć wydawał się
zaabsorbowany naszą rozmową, widziałam teraz kątem oka, że znów odsunął się ode mnie
jak najdalej, a obie dłonie zacisnął nerwowo na kancie blatu.
Bezskutecznie próbowałam skupić uwagę na wyświetlanych właśnie przez
nauczyciela na ścianie poszczególnych fazach mitozy, których rozróżnianie nie nastręczało mi
trudności nawet przez mikroskop.
Kiedy zabrzęczał upragniony dzwonek, Edward poderwał się i wyszedł przed
wszystkimi, podobnie jak to zrobił tydzień wcześniej, a ja, tak jak wtedy, odprowadziłam go
do drzwi pełnym zdumienia spojrzeniem.
Mikę znalazł się w okamgnieniu u mego boku i zaczął pakować moje rzeczy.
Brakowało mu tylko merdającego ogona.
- Co za koszmarne ćwiczenie - jęczał. - Wszystkie wyglądały identycznie. Szczęściara
z ciebie, że miałaś Cullena do pomocy.
- Wcale nie potrzebowałam pomocy - palnęłam obruszona i ugryzłam się w język. -
Już to przerabiałam - dodałam natychmiast, żeby nie wyjść na samochwałę.
- Cullen był dziś milusi, prawda? - zauważył Mike, wkładając kurtkę. Nie był raczej
tym spostrzeżeniem zachwycony.
- Nie mam pojęcia, co go naszło w zeszły poniedziałek - powiedziałam kłamliwie
obojętnym tonem.
Idąc z moim wiernym towarzyszem do sali gimnastycznej, nie potrafiłam
skoncentrować się na tym, co mówi, a i lekcja WF - u nic wyrwała mnie z zamyślenia. Dzięki
Mike'owi, który grał ze mną w jednej drużynie i pilnował rycersko także mego kawałka
boiska, mogłam fantazjować do woli, przerywając jedynie na serwy. Pozostali zawodnicy,
nauczeni doświadczeniem, umykali wówczas przezornie na boki.
Gdy szlam na parking, mżyło tylko delikatnie, ale i tak z ulgą zamknęłam się w suchej
szoferce. Włączając ogrzewanie, po raz pierwszy nie przejmowałam się rykiem silnika.
Rozpięłam kurtkę, spuściłam kaptur na plecy i rozczesałam palcami włosy, strosząc je przy
tym nieco, żeby łatwiej było im wyschnąć w drodze do domu.
Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie. Nagle zauważyłam nieruchomą
postać w bieli. Edward Cullen stal trzy auta dalej, opierając się o przednie drzwiczki swojego
volvo, i nie spuszczał ze mnie wzroku. Natychmiast spojrzałam w inną stronę i pospiesznie
wrzuciłam wsteczny - mało brakowało, a staranowałabym rdzewiejącą toyotę corollę. Na
szczęście w porę wcisnęłam hamulec. Taką toyotę moja solidna furgonetka jak nic
rozniosłaby na strzępy. Nadal ignorując chłopaka, wzięłam głęboki wdech i ostrożnie
ponowiłam manewr. Tym razem poszło lepiej. Opuściłam parking ze wzrokiem wbitym w
jezdnię, ale mogłabym przysiąc, że kiedy mijałam volvo, Edward się śmiał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)