1 Pierwsze spotkanie
Jadąc z mamą na lotnisko, szeroko otworzyłyśmy samochodowe okna. W Phoenix
były dwadzieścia cztery stopnie w cieniu przy absolutnie bezchmurnym niebie. Miałam na
sobie moją ulubioną koszulkę - bez rękawów, z białej siateczki - włożoną specjalnie z okazji
wyjazdu. Do samolotu zamierzałam wziąć kurtkę.
Celem podróży było miasteczko Forks położone na północno - zachodnim krańcu
stanu Waszyngton, na półwyspie Olympic. Pada tam częściej niż w jakimkolwiek innym
miejscu w Stanach i jest to jedyna rzecz, jaka wyróżnia tę mieścinę. To właśnie przed tymi
posępnymi, deszczowymi chmurami uciekła moja matka, gdy miałam zaledwie parę miesięcy.
Ona uciekła, ale ja musiałam spędzać w Forks bite cztery tygodnie każdego lata. Wreszcie,
jako czternastolatka, zbuntowałam się i od trzech lat jeździłam z tatą, co roku na
dwutygodniowe wakacje do Kalifornii.
Mimo to zgodziłam się tam wrócić. Sama skazałam się na wygnanie. Byłam
przerażona. Nienawidziłam tego miejsca.
Za to Phoenix uwielbiałam. Kochałam je za słońce i upał, za bijącą od tego miasta
żywotność, za tempo, z jakim się rozwijało.
- Bello - odezwała się mama w hali odlotów - pamiętaj, że nie musisz tego robić. -
Powiedziała to po raz setny i niewątpliwie ostatni.
Moja mama wygląda zupełnie tak jak ja, jak ja z krótkimi włosami i pierwszymi
zmarszczkami mimicznymi. Spojrzałam jej w oczy - ma wielkie oczy dziecka - i poczułam
narastającą panikę. Jak mogłam zostawiać samą tak nieobliczalną i nieprzytomną osobę? Czy
sobie poradzi? Oczywiście, miała teraz Phila, rachunki będą, zatem płacone w terminie,
lodówka i bak pełny, a jeśli się gdzieś zgubi, będzie miała, do kogo zadzwonić, ale mimo to...
- Ale ja naprawdę chcę jechać - skłamałam. Nigdy nie byłam uzdolnionym
kłamcą, ale ostatnio powtarzałam to zdanie tak często, że brzmiało już niemal przekonująco.
- Pozdrów ode mnie Charliego.
- Nie zapomnę.
- Niedługo się zobaczymy - powiedziała z przekonaniem w głosie. - Możesz
wrócić do domu w każdej chwili. Tylko zadzwoń, a zaraz się pojawię.
Miałam świadomość, że ta obietnica sporo ją kosztuje.
- Nic się nie martw. Będzie fajnie. Kocham cię, mamo.
Przytuliła mnie mocno do siebie i trzymała tak długą chwilę, a potem wsiadłam do
samolotu i już jej nie zahaczyłam.
Czekały mnie cztery godziny lotu z Phoenix do Seattle, potem godzina w awionetce
do Port Angeles i wreszcie godzina jazdy z lotniska do Forks. Nie bałam się latania, tylko
właśnie tej godziny w aucie sam na sam z moim tatą Charliem.
Do tej pory zachowywał się bez zarzutu. Najwyraźniej naprawdę się cieszył, że
miałam z nim po raz pierwszy zamieszkać niemal na stałe. Zapisał mnie już do liceum i
obiecał pomóc w kupnie auta.
Mimo to byłam pewna, że będziemy nieco skrępowani. Żadne z nas nie należało do
ludzi gadatliwych, a i tak nie wiedziałabym za bardzo, o czym tu opowiadać. Zdawałam sobie
sprawę, że moja decyzja go zaskoczyła - podobnie jak mama, nigdy nie ukrywałam niechęci
do Forks.
Gdy wylądowałam w Port Angeles, padał deszcz, ale nie wzięłam tego za złą wróżbę -
ot, było to po prostu nieuniknione. Pożegnałam się ze słońcem już kilka godzin wcześniej.
Charlie przyjechał po mnie radiowozem. Tego też się spodziewałam - tato jest w Forks
komendantem policji. To właśnie, dlatego, mimo poważnego braku funduszy, chciałam jak
najszybciej sprawić sobie samochód - żeby nie wożono mnie po okolicy w aucie z kogutem
na dachu. Nic tak nie zwalnia ruchu na drodze jak gliniarz.
Gdy schodziłam niezdarnie po schodkach na płytę lotniska, przytrzymał mnie
odruchowo, jednocześnie jakby ściskając na powitanie jedną ręką.
- Jak dobrze cię widzieć, Bells. Nie zmieniłaś się zbytnio. Co słychać u Renee?
- U mamy wszystko w porządku. Też się cieszę, że cię widzę, tato. - Nie wolno
mi było mówić do niego po imieniu.
Miałam zaledwie parę toreb, bo większość moich ubrań nie pasowała do klimatu stanu
Waszyngton. Wprawdzie wysupłałyśmy z mamą trochę grosza na powiększenie mojej
zimowej garderoby, ale i tak było tego niewiele. Wszystko bez trudu zmieściło się w
bagażniku radiowozu.
- Znalazłem dobre auto, jak dla ciebie. Naprawdę tanie - oznajmił mi tato po
zapięciu pasów.
- Jaka to marka? - Nie spodobało mi się to „jak dla ciebie”.
- Chevrolet. Właściwie to Pick - up.
- Gdzie go znalazłeś?
- Pamiętasz Billy'ego Blacka z La Push? - La Push to maleńki rezerwat Indian
nad samym morzem.
- Nie.
- Jeździliśmy razem na ryby - podpowiedział Charlie.
To by wyjaśniało, dlaczego go nie pamiętałam. Jestem prawdziwą mistrzynią w
wymazywaniu z pamięci bolesnych i niepotrzebnych wspomnień.
- Jeździ teraz na wózku inwalidzkim - ciągnął tato - więc nie może już
prowadzić. Obiecał, że sprzeda mi go tanio.
- Jaki to rocznik? - Sądząc po jego minie, miał nadzieję, że nie zadam tego
pytania.
- No cóż, Billy nieźle się napracował przy silniku, teraz jest prawie jak nowy.
Chyba nie wierzył, że poddam się tak łatwo.
- W którym roku kupił auto? - Bodajże w 1984.
- I to rok produkcji?
Hm, nie. Sądzę, że pochodzi z wczesnych lat sześćdziesiątych. Góra z późnych
pięćdziesiątych - przyznał nieco zawstydzony.
- Wiesz, że nie znam się na samochodach, tato. Jeśli coś się zepsuje, sama sobie
nie poradzę, a nie stać mnie na mechanika...
- Spokojnie, bryka pracuje bez zarzutu. Teraz już takich nie robią. Bryka? Hm... Może
nie będzie tak źle. Przynajmniej nie musiałam już szukać ksywki dla samochodu.
- Tanio, czyli ile? - Tu nie mogłam iść na kompromis.
- Widzisz, skarbie, ja go już poniekąd kupiłem - Charlie zerknął na mnie
nieśmiało, z nadzieją w oczach. - Jako prezent powitalny.
Bomba. Bryka za darmo.
- Och, naprawdę nie musiałeś. Byłam gotowa sama za wszystko zapłacić.
- To nic takiego. Chcę, żebyś była tu szczęśliwa. - Mówiąc to, tato patrzył prosto
przed siebie na drogę. Zawsze wstydził się mówić o uczuciach. Odziedziczyłam to po nim,
więc także odwróciłam głowę.
- To wspaniały gest, dziękuję. - A co do bycia szczęśliwą w Forks, po co
wspominać, że żadne auto tu nie pomoże. To po prostu nierealne. Ale tato nie musiał o tym
wiedzieć, a i ja nie miałam zamiaru zaglądać darowanemu Pick - upowi pod maskę.
- Ech, no, nie ma, za co - wymamrotał Charlie zmieszany moim
podziękowaniem.
Wymieniliśmy jeszcze parę uwag dotyczących pogody - nadal padało - i to by było na
tyle. Wpatrywaliśmy się w drogę w milczeniu.
Okolica była niezaprzeczalnie piękna. Wszystko tonęło w zieleni: korony drzew, ich
pokryte mchem pnie, porośnięta paprociami ziemia. Nawet powietrze wydawało się zielone w
świetle sączącym się przez baldachim z igieł.
Przez tę wszechobecną zieleń czułam się jak na obcej planecie. W końcu
zajechaliśmy na miejsce. Charlie nadal mieszkał w niewielkim domku z dwiema sypialniami,
kupionym jeszcze z matką tuż po ślubie. Zresztą wszystko, co zrobili jako mąż i żona, zrobili
tuż po ślubie. Później nie byli już po prostu małżeństwem. Przed domem, który od lat
wyglądał tak samo, stał nowy - nowy dla mnie - samochód. Miał wyblakły czerwony lakier,
zaokrąglone zderzaki i staromodnie opływową szoferkę. O dziwo, z miejsca przypadł mi do
gustu. Nic miałam pewności, czy zapali, ale umiałam sobie wyobrazić siebie za jego
kierownicą. Na dodatek był to jeden z tych solidnych modeli, które są praktycznie niezniszczalne
- jeden z tych, które w filmach nie mają choćby jednej rysy po staranowaniu
jakiegoś zagranicznego Sedana.
- Kurczę, tato, jest wystrzałowy! Dzięki! - Pozbyłam się przy najmniej jednej z
ponurych wizji dotyczących pierwszego dnia w nowej szkole. Nie musiałam już wybierać
pomiędzy trzy kilometrowym spacerem w deszczu a zajechaniem na lekcje w radio wozie.
Bohaterka pochodzi z Phoenix, stolicy pustynnej Arizony (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
- Cieszę się, że ci się podoba - szepnął Charlie zakłopotany. Cały bagaż zdołaliśmy
wnieść na piętro za jednym zamachem.
Dostałam sypialnię wychodzącą na zachód, na podjazd przed domem, tę samą, w
której spalam dawniej każdego lata. Drewniana podłoga, bladoniebieskie ściany, spadzisty
sufit, pożółkłe firanki - wszystko to przywoływało wspomnienia. W kącie pokoju nadal stal
mój miniaturowy fotel bujany. Jedyne zmiany, jakich Charlie kiedykolwiek tu dokonał, to
wymiana łóżeczka na zwykle łóżko i wstawienie biurka, gdy osiągnęłam wiek szkolny. Na
owym biurku stal teraz komputer kupiony z drugiej ręki, z modemem podłączonym do
gniazdka telefonicznego kablem przymocowanym do podłogi zszywkami. Internetu zażądała
mama, abyśmy mogły kontaktować się z sobą bez przeszkód.
W domu było tylko jedna łazienka, niewielkie pomieszczenie u szczytu schodów.
Miałam ją rzecz jasna dzielić z Charliem, ale o tym starałam się jeszcze nie myśleć.
Brak nadopiekuńczości jest jedną z najlepszych cech taty. Zostawił mnie samą, żebym
się rozpakowała i rozgościła. Mama nie byłaby w stanie zdobyć się na coś takiego. A tak
nareszcie mogłam przestać się uśmiechać. Wpatrywałam się przez chwilę zrezygnowana w
ścianę deszczu za szybą i uroniłam kilka łez, ale tylko kilka. Resztę planowałam zachować na
wieczór, jako gwałtowny akompaniament do rozmyślań o jutrzejszym dniu.
Do miejscowego gimnazjum i liceum chodziło raptem trzystu pięćdziesięciu siedmiu
(ze mną pięćdziesięciu ośmiu) uczniów, gdy w Phoenix tylko mój rocznik liczył siedemset
osób. W dodatku wszystkie te dzieciaki z Forks dorastały razem - ba, nawet ich dziadkowie
znali się od dzieciństwa! Miałam szansę stać się wytykanym palcami dziwadłem z wielkiego
miasta.
Gdybym, chociaż wyglądała, jak przystało na dziewczynę z gorącego południa,
gdybym była opaloną, wysportowaną blondynką, taką, co to gra w szkolnej drużynie
siatkówki albo występuje w zespole przed meczami, może wtedy wyróżniałabym się na
korzyść. Ale nic z tego. Mój wygląd nie mógł mi pomóc.
Chociaż w Phoenix zawsze świeciło słońce, moja skóra przypominała odcieniem kość
słoniową, a nie miałam ani niebieskich oczu, ani rudych włosów, które jakoś by ten fenomen
tłumaczyły. Byłam szczupła, ale nie nabita, więc każdy widział, że żadna ze mnie
sportsmenka. Do sportów brakowało mi po prostu niezbędnej koordynacji ruchowej, dlatego
każde moje wyjście na boisko kończyło się publicznym upokorzeniem i obrażeniami, którym
ulegali z mojej winy także inni zawodnicy.
Gdy skończyłam już układać ubrania w starej sosnowej komodzie, poszłam z
W Stanach Zjednoczonych jest to jedna szkoła, tzw. high school.
kosmetyczką do naszej wspólnej łazienki odświeżyć się po podróży. Rozczesując splątane,
wilgotne włosy, przyglądałam się swojemu odbiciu w lustrze. Może to tylko ta deszczowa
pogoda za oknem, ale wyglądałam jak blada rekonwalescentka. Czasem bywałam nawet
zadowolona ze swojej cery - nieskazitelnej, niemal przezroczystej - ale wszystko zależało od
odpowiedniego oświetlenia. Tu jednak nie mogłam liczyć na nic lepszego.
Patrząc tak na siebie, doszłam do wniosku, że nie ma, co się oszukiwać. Nie chodziło
tylko o wygląd. Skoro nie znalazłam dla siebie miejsca w szkole z trzema tysiącami uczniów,
czy mogłam mieć nadzieję, że poradzę sobie w Forks?
Nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami przychodziło mi z trudem. Tak naprawdę,
nawiązywanie kontaktów z kimkolwiek przychodziło mi z trudem. Nawet mama, która była
mi najbliższą osobą pod słońcem, nie potrafiła do końca przebić się przez moją skorupę.
Nigdy nie nadawałyśmy na tych samych falach. Czasami zastanawiałam się, czy naprawdę
odbieram świat w ten sam sposób, co inni. Może mam coś z głową?
Mniejsza o przyczynę, liczył się efekt. A jutro to miał być dopiero początek.
Nie spałam za dobrze tej pierwszej nocy, nawet szlochanie w poduszkę mnie nie
uspokoiło. Nie potrafiłam przywyknąć do ciągłego szumu wiatru i deszczowych werbli
bijących o dach. Naciągnęłam na głowę starą, wyblakłą kołdrę, a potem dołożyłam jeszcze
poduszkę, ale i tak zasnęłam dopiero po północy, kiedy ulewa przeszła w końcu w kapuśniak.
Rano za oknem widać było tylko gęstą mgłę i powoli zaczęła dawać mi się we znaki
klaustrofobia. Bez błękitu nieba czułam się jak w klatce.
Przy śniadaniu nie rozmawialiśmy za dużo. Charlie życzył mi powodzenia, a ja
podziękowałam grzecznie, pewna, że jego życzenie się nie spełni. Los nie miał w zwyczaju
się do mnie uśmiechać. Tato pierwszy wyszedł z domu i pojechał na komisariat, który
skutecznie zastępował mu żonę. Po jego wyjściu siedziałam przez dłuższą chwilę przy
dębowym stole na jednym z trzech krzeseł, z których każde było inne, i lustrowałam
wzrokiem niewielką kuchnię. Nic się tu nie zmieniło. Ściany wyłożone były ciemnym
drewnem, szafki jaskrawożółte, a podłoga z linoleum. Szafki pomalowała osiemnaście lat
wcześniej moja mama, usiłując rozjaśnić wnętrze domu. Nad niewielkim kominkiem w
przylegającym do kuchni skromnym saloniku wisiał rząd fotografii: rodzice w dniu ślubu w
Las Vegas, nasza trójka w szpitalu po moim narodzeniu (zdjęcie autorstwa uczynnej
pielęgniarki) j wreszcie - liczne świadectwa mego dorastania, aż do ubiegłego roku. Kolekcja
ta budziła we mnie pewne zażenowanie i planowałam namówić tatę, żeby ją usunął,
przynajmniej do czasu mojego wyjazdu.
Cały wystrój domu był wyraźnym świadectwem tego, że Charlie nadal kocha moją
mamę, i nie czułam się z tą myślą najlepiej.
Nie chciałam zjawić się w szkole zbyt wcześnie, ale nie mogłam też się spóźnić.
Włożyłam, więc kurtkę - miała w sobie coś z kombinezonu do usuwania odpadów
radioaktywnych - i dzielnie wyszłam na deszcz.
Nadal mżyło, choć nie dość, żebym przemokła do suchej nitki, gdy sięgałam po klucz
od drzwi wejściowych, jak zawsze schowany nieopodal pod okapem. Przekręciłam go w
zamku i ruszyłam w stronę auta. Denerwowały mnie cmoknięcia, z jakim moje nowe
wodoodporne traperki zagłębiały się w błotnistej nawierzchni podjazdu. Brakowało mi
znajomego odgłosu szurania w żwirze. Nie mogłam też niestety podziwiać dłużej mojej
furgonetki - spieszno mi było wydostać się z wilgotnej mgiełki, która przylepiała się do moich
włosów mimo kaptura.
We wnętrzu samochodu było sucho i przytulnie. Ktoś - Billy lub Charlie -
niewątpliwie tu posprzątał, ale beżowa tapicerka wozu nadal lekko pachniała tytoniem,
benzyną i miętową gumą do żucia. Dzięki Bogu, silnik zapalił za pierwszym razem, ale wył
doprawdy przeraźliwie. Cóż, tak sędziwe auto musiało mieć jakieś wady. Byłam jednak mile
zaskoczona tym, że działa równie sędziwe radio.
Ze znalezieniem szkoły nie miałam kłopotów, chociaż nigdy w niej przedtem nie
byłam. Jak wszystkie ważniejsze budynki, stała przy głównej drodze. Nie wyglądała zresztą
na szkołę, ale upewniła mnie tablica. Moje nowe liceum składało się z kilkunastu
zbudowanych w podobnym stylu pawilonów z czerwonej cegły.
Z początku nic byłam w stanie ocenić, ile ich właściwie jest, tyle rosło wokół drzew i
krzewów. To miejsce nie miało w sobie nic z placówki wychowawczej. Gdzie ogrodzenie z
siatki, pomyślałam z nostalgią, gdzie wykrywacze metalu przy wejściu?
Zaparkowałam przed pierwszym budynkiem, ponieważ nad drzwiami dostrzegłam
tabliczkę z napisem „dyrekcja”. Nie stał tam żaden inny samochód, więc z pewnością
parkowanie było w tym miejscu niedozwolone, ale stwierdziłam, że wolę zapylać w środku o
drogę na parking, niż krążyć jak głupia w deszczu. Opuściwszy z niechęcią rdzewiejącą
szoferkę, podążyłam do wejścia brukowaną ścieżką obramowaną ciemnym żywopłotem.
Przed drzwiami wzięłam głęboki oddech.
W środku było cieplej i jaśniej, niż się spodziewałam. Podłogę pokrywała wytrzymała
wykładzina w pomarańczowe ciapki, z boku stało kilka składanych krzesełek dla
oczekujących interesantów, a ściany upstrzone były trofeami i ogłoszeniami. Głośno tykał
wielki zegar. Wszędzie pałętały się rośliny w plastikowych donicach, jakby mało było zieleni
na zewnątrz. Pomieszczenie przedzielał długi kontuar zastawiony przepełnionymi drucianymi
koszyczkami na dokumenty, a każdy koszyczek oznaczony był jaskrawą naklejką. Za jednym
z trzech znajdujących się za ladą biurek siedziała rudowłosa okularnica w fioletowym
podkoszulku. Ten podkoszulek nieco zbił mnie z tropu.
Kobieta podniosła wzrok.
- W czym mogę pomóc?
- Nazywam się Isabella Swan - oświadczyłam. Oczy sekretarki rozbłysły -
najwyraźniej doskonale wiedziała, kim jestem. Z pewnością byłam już tematem plotek. Tak,
tak, to ja, córka pana komendanta i jego narwanej byłej żony.
- Oczywiście, oczywiście. - Kobieta zaczęła grzebać w przeraźliwie wysokiej
stercie papierzysk na swoim biurku, aż wreszcie znalazła to, czego szukała. - Mam tutaj twój
plan lekcji i mapkę szkoły. - Z plikiem kartek w dłoni podeszła do kontuaru.
Wyjaśniła mi, jak przemieszczać się w ciągu dnia z klasy do klasy, pokazując
najdogodniejsze trasy na mapce, i wręczyła arkusz, na którym miał się podpisać każdy z
moich nauczycieli; musiałam go jej oddać po lekcjach. Pożegnała mnie z uśmiechem,
podobnie jak Charlie, życząc mi powodzenia. Odwzajemniłam uśmiech, mając nadzieję, że
wygląda przekonująco.
Gdy wróciłam do auta, zaczęli się już zjeżdżać inni uczniowie. Żeby trafić na parking,
wystarczyło jechać za nimi. Na szczęście większość samochodów była równie sędziwa, co
mój, zero szpanu. W Phoenix mieszkałam w dzielnicy Paradisc Valley, gdzie należałyśmy z
mamą do uboższej mniejszości. Pod szkołami nieraz widywało się nowiutkie mercedesy i
porsche. Tu jednak najlepszym wozem było lśniące volvo i niewątpliwie się wyróżniało.
Mimo wszystko, gdy tylko mogłam, wyłączyłam ryczący silnik, żeby nie zwracać na siebie
zbytniej uwagi.
Zanim wysiadłam, przestudiowałam dokładnie mapkę z nadzieją, że nie będę musiała
później obnosić się z nią cały dzień. Wsunęłam papiery do torby, zarzuciłam ją na ramię i
znowu wzięłam głęboki oddech. Poradzisz sobie, szepnęłam do siebie bez przekonania. Nikt
cię przecież nie ugryzie. Westchnęłam i wyślizgnęłam się z auta.
Idąc w stronę pełnego nastolatków chodnika, starałam się chować twarz w kapturze. Z
ulgą zauważyłam, że w zwykłej czarnej kurtce nie odstaję zbytnio od reszty.
Minąwszy stołówkę, budynek łatwością zlokalizowałam budynek nr 3, w którym
miałam mieć pierwszą lekcję: na jego narożniku, na białym tle wymalowano wielką czarną
trójkę. Podeszłam do drzwi, dysząc niczym ofiara hiperwentylacji, ale postanowiłam wziąć
się w garść i weszłam do środka śladem dwóch młodocianych osób bliżej nieokreślonej pici.
Klasa nie była duża. Para przede mną zatrzymała się tuż za progiem, żeby powiesić
kurtki na zamocowanych w ścianie haczykach. Poszłam za ich przykładem. Okazało się, że to
dwie dziewczyny - blondynka o porcelanowej cerze i blada szatynka. Przynajmniej jednym
nie musiałam się wyróżniać.
Podeszłam do nauczyciela, żeby złożył podpis na moim arkuszu. Był to wysoki,
łysiejący mężczyzna, niejaki Mason, jeśli wierzyć tabliczce na jego biurku. Gdy przeczytał
moje nazwisko, przyjrzał mi się uważniej (nie było to zbyt miłe z jego strony), a ja
oczywiście spłonęłam rumieńcem. Dzięki Bogu, kazał mi przynajmniej usiąść w pustej ławce
z tyłu klasy, nie przedstawiając mnie najpierw wszystkim obecnym. Trudno im było gapić się
na mnie, wykręcając głowy, ale to ich nie powstrzymywało, starałam się, więc nie odrywać
wzroku od otrzymanej przed chwilą listy lektur. Nie była zbytnio zaawansowana: Bronte,
Szekspir, Chaucer, Faulkner... Wszystko czytałam wcześniej. Było to trochę pocieszające,
ale i zapowiadało nudę. Zaczęłam się zastanawiać, czy mama przysłałaby mi teczkę z moimi
starymi wypracowaniami, czy też uznałaby to za oszustwo. Spędziłam lekcję, wymyślając, jak
potoczyłaby się ta dyskusja, nauczyciel tymczasem tłumaczył coś monotonnym głosem.
Gdy zabrzęczał dzwonek, wyrośnięty pryszczaty chudzielec o kruczoczarnych
włosach przechylił się nad przejściem między ławkami, żeby ze mną porozmawiać.
- Isabella Swan, prawda? - Wyglądał na przesadnie uczynnego chłopaka i członka koła
szachowego.
- Bella Swan - poprawiłam. Siedzące w pobliżu osoby odwróciły się w moim
kierunku.
- Gdzie masz następną lekcję?
- Chwilka. - Musiałam wyjąć plan z torby.
- WOS z Jeffersonem, w budynku nr 6.
Nie wiedziałam, gdzie podziać oczy. Zewsząd otaczały mnie ciekawskie spojrzenia.
- Ja idę do czwórki, mogę pokazać ci drogę. - Tak, facet był przesadnie uczynny. -
Mam na imię Eric.
- Dzięki. - Uśmiechnęłam się niepewnie.
Włożyliśmy kurtki i wyszliśmy na deszcz, który tymczasem wezbrał na sile.
Mogłabym przysiąc, że kilka osób specjalnie wlokło się za nami, by podsłuchiwać. Miałam
nadzieję, że to nie początki paranoi.
- I co, inaczej tu niż w Phoenix, prawda? - spytał Eric.
- Bardzo.
Najwybitniejszy pisarz angielski epoki średniowiecza.
W Stanach Zjednoczonych każdy uczeń ma indywidualny pian zajęć, taki sani na każdy dzień.
- Chyba nie pada tam zbyt często?
- Trzy, cztery razy do roku.
- Kurczę, ciekawe, jak to jest.
- Jest słonecznie - odparłam.
- Nie jesteś zbytnio opalona.
- Moja mama jest w połowie albinosem.
Chłopak zaczął przyglądać mi się z zaciekawieniem. Westchnęłam zrezygnowana.
Najwyraźniej wilgotny klimat działał destrukcyjnie na poczucie humoru. Jeszcze kilka
miesięcy, pomyślałam, a zapomnę, co to jest sarkazm.
Obeszliśmy znów stołówkę i Eric odprowadził mnie pod same drzwi pawilonu koło
sali gimnastycznej, chociaż ten był wyraźnie oznaczony.
- No cóż, powodzenia - powiedział, gdy już dotykałam klamki. - Może okaże się, że
mamy razem jeszcze inną lekcję. - Wydawało się, że naprawdę mu na tym zależy.
Obdarzyłam go bladym uśmiechem i weszłam do środka.
Reszta przedpołudnia przebiegła według podobnego schematu. Pan Verner, nauczyciel
trygonometrii, którego i tak bym nienawidziła ze względu na sam przedmiot, był jedynym,
który kazał mi wyjść przed klasę i się przedstawić. Coś tam wyjąkałam, cała czerwona, i
potknęłam się o własne buty, wracając do ławki.
Po dwóch lekcjach zaczęłam rozpoznawać pierwsze twarze. Zawsze też trafiał się ktoś
śmielszy, kto podchodził do mnie, mówił, jak ma na imię, i wypytywał o to, jak mi się podoba
w Forks.
Starałam się być dyplomatyczna, więc w dużej mierze po prostu kłamałam.
Przynajmniej nie potrzebowałam już mapki.
Pewna dziewczyna usiadła przy mnie i na trygonometrii, i na hiszpańskim, a potem
poszła ze mną do stołówki na lunch. Była niziutka, przy moich 162 cm niższa ode mnie
przynajmniej o głowę, ale nie rzucało się to tak bardzo w oczy dzięki jej fryzurze - burzy
skłębionych, ciemnych loków. Nie pamiętałam, jak ma na imię, uśmiechałam się, więc tylko i
kiwałam głową, przysłuchując się opisom lekcji i nauczycieli. Nie starałam się za tym
wszystkim nadążać.
Usiadłyśmy na końcu stołu pełnego jej znajomych, których rzecz jasna mi
przedstawiła, ale imiona wlatywały mi jednym uchem, a wylatywały drugim. Wszyscy
zdawali się być pod wrażeniem tego, że moja towarzyszka miała odwagę mnie zagadnąć.
Eric, chłopak poznany na angielskim, pomachał mi z drugiego końca sali.
To właśnie wtedy, jedząc lunch i próbując rozmawiać z siódemką wścibskich
nieznajomych, po raz pierwszy ich zobaczyłam.
Siedzieli w kącie na przeciwległym krańcu stołówki. Było ich pięcioro. Nic
rozmawiali i nie jedli, choć przed każdym stała taca nietkniętego posiłku. W odróżnieniu od
większości uczniów nie gapili się na mnie, można się, więc było im przyglądać bez obawy, że
któreś mnie na tym przyłapie. Ale to nic ten brak zainteresowania moją osobą mnie
zaintrygował.
Na pierwszy rzut oka nie byli do siebie ani trochę podobni. Z trzech chłopców jeden,
brunet z loczkami, był naprawdę wielki - umięśniony jak zawodowy ciężarowiec. Drugi,
wyższy i szczuplejszy, ale też dość napakowany, miał włosy koloru złocistego miodu. Trzeci,
z rozczochraną, kasztanową czupryną, nie imponował budową ciała i wyglądał na
najmłodszego z trójki. Tamci dwaj mogliby już chodzić do college'u albo nawet pracować tu
jako nauczyciele.
Dziewczyny były swoimi przeciwieństwami. Ta wyższa miała posągową figurę
modelki i długie do polowy pleców, delikatnie falujące blond włosy. Wystarczyło przebywać
z nią w jednym pomieszczeniu, żeby stracić wiarę we własne wdzięki. Ta niższa, chudziutka i
słodka, urodą przypominała chochlika. Miała krótką, kruczoczarną, nastroszoną fryzurkę.
Mimo to cała piątka wyróżniała się w podobny sposób. Wszyscy byli chorobliwie
bladzi, bledsi niż jakikolwiek inny uczeń z tego nieznającego słońca miasteczka. Bledsi niż ja,
potomek albinosa. Wszyscy, niezależnie od odmiennego koloru włosów, mieli także bardzo
ciemne oczy, a pod oczami głębokie cienie - sine, niemal fioletowe. Jakby zarwali noc albo
dochodzili do siebie po złamaniu nosa. Tyle, że ich nosy i w ogóle rysy twarzy były idealne,
bez jednej skazy.
Ale to jeszcze nic wszystko.
Nie mogłam oderwać wzroku od tej dziwnej grupy, ponieważ ich twarze, tak
odmienne, a tak do siebie podobne, były porażająco, nieludzko wręcz piękne. Takich twarzy
nie spotyka się w rzeczywistym świecie, co najwyżej na wygładzanych komputerowo
fotografiach w czasopismach o modzie lub na obrazach starych mistrzów, gdzie należą do
aniołów. Trudno było zdecydować, które z piątki jest najpiękniejsze - może jasnowłosa
piękność albo chłopak o kasztanowych włosach?
Unikali wzroku innych uczniów, a i wzroku swoich kompanów, ich spojrzenia
zdawały się prześlizgiwać po otoczeniu bez cienia zainteresowania. Niższa z dziewczyn
wstała właśnie i podniosła ze stołu tacę - nawet nie otworzyła butelki z napojem ani nie
nadgryzła jabłka - i odeszła z gracją spacerującej po wybiegu modelki. Przypatrywałam się
oczarowana jej krokom godnym baletnicy, póki nie odstawiła tacy, by zniknąć za tylnymi
drzwiami, co uczyniła szybciej, niż to się wydawało możliwe. Zerknęłam na pozostałą
czwórkę, ale siedzieli nieporuszeni.
- Co to za jedni, u licha? - zapytałam dziewczynę poznaną na hiszpańskim, której imię
wyleciało mi z głowy.
Kiedy podniosła głowę, żeby zobaczyć, o kogo chodzi - chociaż wywnioskowała to
już prawdopodobnie z tonu mojego głosu.
- Jeden z tamtych chłopaków, ten szczupły i chyba najmłodszy, spojrzał na nią
znienacka. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, potem zaś przeniósł wzrok na mnie.
Odwrócił się w okamgnieniu, szybciej niż ja sama, choć zawstydzona natychmiast
spuściłam oczy. Jego twarz, widoczna przez chwilę w pełnej krasie, nie zdradzała żadnych
emocji - jakby zareagował odruchowo, bo ktoś wymienił głośno jego imię, i zorientował się w
porę, że nie musi odpowiadać.
Moja sąsiadka przy stoliku zachichotała zażenowana, rzucając w stronę grupki
ukradkowe spojrzenie.
- To Edward i Emmett Cullenowie - wyszeptała - z Rosalie Hale i Jasperem Hale. Ta,
która wyszła, to Alice Cullen. Wszyscy mieszkają u doktora Cullena i jego żony.
Zerknęłam w stronę niesamowitej czwórki. Chłopak z kasztanową czupryną
wpatrywał się teraz w swoją tacę, rozrywając na drobne kawałki obwarzanek. Miał bardzo
długie i blade palce. Poruszał przy tym niezwykle szybko ustami, choć jego idealne wargi
były ledwie rozchylone. Pozostała trójka nadal nic patrzyła w jego kierunku, ale, nie
wiedzieć, czemu, byłam przekonana, że chłopak coś do nich mówi.
Dziwne imiona, pomyślałam, rzadko spotykane. Chyba, że w pokoleniu naszych
dziadków. Ale kto wie, może taka tu jest moda? Może to małomiasteczkowe imiona?
Przypomniało mi się w końcu, że moja sąsiadka ma na imię Jessica. Przynajmniej to imię
było zupełnie normalne. W Phoenix dwie Jessiki chodziły ze mną na historię.
- Całkiem fajni ci faceci - powiedziałam. Było oczywiste, że to
niedopowiedzenie.
- O tak! - Jessica ponownie zachichotała. - Tyle, że wszyscy są sparowani. No
wiesz, Emmet chodzi z Rosalie, a Jasper z Alice. I mieszkają razem - podkreśliła. W jej glosie
wyczułam prowincjonalne zgorszenie. Ale, jeśli miałam być szczera, podobny układ i w
Phoenix byłby tematem plotek.
- Którzy to bracia Cullenowie? - spytałam. - Nic wyglądają na spokrewnionych.
- Bo i nie są. Doktor Cullen to jeszcze miody facet, ma góra trzydzieści parę lat.
Cala piątka jest adoptowana. Ale Hale'owic, ci blondyni, to brat i siostra - bliźnięta.
- Takich starych to się chyba nie adoptuje, prawda?
- Pani Cullen przygarnęła Jaspera i Rosalie, gdy mieli osiem lat. Teraz mają
osiemnaście. To chyba ich ciotka czy coś.
- Miło z ich strony. No wiesz, że zaopiekowali się tymi wszystkimi dziećmi, i to w
młodym wieku.
- Pewnie tak - przyznała Jessica niechętnie, co wzbudziło moje podejrzenia, że z
jakiegoś powodu nie przepada za doktorem Cullenem i jego żoną. Sądząc ze spojrzeń, jakie
rzucała w stronę adoptowanej gromadki, powodem tym była zwykła zazdrość. - Myślę, że
pani Cullen nie może mieć dzieci - dodała, jakby miało to umniejszyć szczodrość tej pary.
Co jakiś czas w ciągu tej rozmowy zerkałam w stronę stołu dziwnego rodzeństwa.
Nadal wpatrywali się półprzytomnie w ściany i nic nie jedli.
- Ta rodzina to od dawna mieszka w Forks? - zapytałam. Powinnam ich była
przecież zauważyć któregoś lata.
- Nie - odparła Jessica nieco zdziwiona, jakby nawet dla osoby nowo przybyłej
powinno być to oczywiste. - Sprowadzili się tu dwa lata temu z jakiejś miejscowości na
Alasce.
Wiadomość tę przyjęłam z ulgą. Nie byłam jedynym cudakiem z innego stanu i z
pewnością nie wyróżniałam się tak wyglądem czy zachowaniem. Zrobiło mi się ich nawet
trochę żal, że mimo urody są nic do końca akceptowanymi outsiderami.
Gdy tak się im przyglądałam, najmłodszy chłopak, a więc jeden z Cullenów, podniósł
głowę i nasze oczy się spotkały. Tym razem jego mina niewątpliwie zdradzała
zainteresowanie. Odwróciłam wzrok, ale miałam wrażenie, że spodziewał się po mnie jakiejś
innej reakcji.
- Ten z rudawymi włosami, to, który? - spytałam. Kątem oka widziałam, że
nadal na mnie patrzy, ale nie gapi się nachalnie tak jak inni wcześniej. Wydawał się czymś
odrobinę zmartwiony. Po raz kolejny spuściłam oczy.
- To Edward. Wiem, wygląda zabójczo, ale nie zawracaj nim sobie głowy. Nie
chodzi na randki. Najwyraźniej - żachnęła się, rozżalona - żadna z miejscowych dziewczyn
nie jest dla niego dostatecznie ładna.
Zaczęłam się zastanawiać, kiedy mógł odrzucić jej zaloty, i musiałam przygryźć
wargę, żeby ukryć uśmiech. Edward siedział teraz odwrócony do nas bokiem, ale wydawało
mi się, że ma uniesiony policzek, jakby też się właśnie uśmiechał.
Po kilku minutach cała czwórka się oddaliła. Podobnie jak Alice, poruszali się z
niezwykłą gracją - nawet ten z mięśniami ciężarowca. Trudno było patrzeć na to spokojnie.
Edward już więcej na mnie nic zerkał.
Siedziałam w stołówce z Jessicą i jej znajomymi dłużej, niż gdybym była sama, nie
chciałam jednak spóźnić się pierwszego dnia na żadną lekcję. W końcu okazało się, że jedna z
moich nowych znajomych, która inteligentnie przypomniała mi, że ma na imię Angela, chodzi
ze mną na biologię, więc poszłyśmy razem. Nic rozmawiałyśmy po drodze - ona też była
nieśmiała.
Kiedy weszłyśmy do klasy, Angela usiadła przy jednym ze stołów laboratoryjnych z
czarnym blatem, takich samych jak w mojej szkole w Phoenix. Niestety, miała już sąsiadkę.
Właściwie to wszystkie miejsca były zajęte z wyjątkiem jednego na środku - koło Edwarda
Cullena, którego rozpoznałam po oryginalnym kolorze włosów.
Podchodząc do biurka nauczyciela, żeby się przedstawić i poprosić o podpisanie
arkusza, przyglądałam się chłopakowi ukradkiem. Kiedy go mijałam, cały zesztywniał i, co
dziwne, rzucił mi rozwścieczone spojrzenie. Zaszokowana natychmiast odwróciłam wzrok i
oblałam się rumieńcem. Potknęłam się o jakąś książkę i musiałam się podeprzeć o stół, żeby
nie upaść. Siedząca przy nim dziewczyna zachichotała.
Zauważyłam, że oczy Edwarda były czarne jak węgiel.
Pan Banner podpisał mój arkusz i wydal mi podręcznik, nie zaprzątając sobie głowy
jakimś idiotycznym przedstawianiem mnie klasie. Poczułam, że będzie nam się dobrze
współpracować. Oczywiście, nie mając wyboru, musiał poprosić mnie, żebym usiadła koło
Cullena. Nie wiedząc, co myśleć o wrogiej reakcji chłopaka, starałam się wcale na niego nie
patrzeć.
Położyłam swój podręcznik na stole i zajęłam miejsce. Zauważyłam przy tym kątem
oka, że mój sąsiad zmienił w tym czasie pozycję. Odsunął się, jak mógł najdalej, niemal już
spadał z krzesła i odwrócił twarz, jakbym wydzielała jakąś niemiłą woń. Dyskretnie powąchałam
swoje włosy, ale czułam tylko ulubiony szampon o zapachu truskawek. Trudno było
uwierzyć, że kogoś to odrzuca. Odgarnęłam włosy na prawe ramię, tak, żeby w jakiś sposób
nas oddzielały, i starałam się skupić na tym, co mówił nauczyciel.
Niestety, lekcja dotyczyła budowy komórki, którą już znałam. Mimo to robiłam
staranne notatki.
Nie mogłam się powstrzymać i od czasu do czasu zerkałam na Edwarda zza kurtyny
włosów. Przez całą godzinę się nie rozluźnił i nadal siedział na samym skraju ławki.
Zauważyłam, że lewą dłoń oparł na udzie i zacisnął w pięść tak mocno, że widać było
ścięgna. Tego uścisku także nie rozluźnił. Miał na sobie białą bluzę z długimi rękawami, ale
te podwinął do łokci. Jego ręce okazały się z bliska zaskakująco mocne i muskularne.
Wzięłam go wcześniej za chucherko pewnie, dlatego, że siedział koło brata - ciężarowca.
Lekcja zdawała się dłuższa niż inne. Może byłam już trochę zmęczona, a może
czekałam na to, aż chłopak wreszcie rozluźni dłoń? Jak długo mógł ją tak ściskać? Do tego
siedział całkiem nieruchomo i chyba wcale nie oddychał. O co chodziło? Zawsze się tak
zachowywał, czy jak? Zaczęłam dochodzić do wniosku, że źle oceniłam Jessicę. Może jej
niechęć nie wynikała ani z zazdrości, ani z odrzucenia?
To nie mogło mieć ze mną nic wspólnego. Ten facet widział mnie pierwszy raz w
życiu.
Po raz kolejny zerknęłam w jego stronę i natychmiast tego pożałowałam. Znów na
mnie patrzył, a jego czarne oczy pełne były obrzydzenia. Cala się skurczyłam, a do głowy
przyszło mi wyrażenie „gdyby spojrzenia mogły zabijać”.
W tym samym momencie zabrzęczał dzwonek i aż podskoczyłam na krześle. Edward
Cullen zerwał się z miejsca kocim ruchem, cały czas odwrócony do mnie plecami - okazało
się, że jest o wiele wyższy, niż mi się wcześniej wydawało - i wypadł na dwór, zanim
ktokolwiek inny w klasie zdążył choćby wstać.
Siedziałam sparaliżowana, wpatrując się półprzytomnie w drzwi, za którymi zniknął.
Co to za psychopata? To nie było fair. Zaczęłam powoli pakować swoje rzeczy. Starałam się
pohamować przy tym narastający we mnie gniew, bałam się, bowiem, że z oczu pociekną mi
zaraz łzy. Nie wiedzieć, czemu, jedno z drugim było u mnie powiązane. To żenujące, ale
często płakałam ze zdenerwowania.
- Jesteś Isabella Swan, prawda? - zapytał męski głos. Podniosłam wzrok. Koło mnie
stal śliczny chłopak o słodkiej twarzy elfa i jasnych włosach pozlepianych żelem w
pedantycznie rozmieszczone kolce. Ten tu z pewnością nie uważał, że śmierdzę.
- Bella Swan - uściśliłam z uśmiechem.
- Mike.
- Cześć, Mike.
- Może pomóc ci znaleźć następną salę?
- Idę do sali gimnastycznej, więc raczej nie powinnam mieć kłopotów z
trafieniem.
- O, ja też mam WF. - Wydawał się tym zbiegiem okoliczności podekscytowany,
choć w lak malej szkole nie było to przecież nic takiego.
Poszliśmy razem. Gadał jak najęty, za co właściwie byłam mu wdzięczna. Do
dziesiątego roku życia mieszkał w Kalifornii, więc wiedział, jak musi mi brakować słońca.
Dowiedziałam się, że chodzi też ze mną na angielski. Był najsympatyczniejszą osobą, jaką
poznałam tu do tej pory.
Ale gdy wchodziliśmy już do szatni, spytał:
- Co to było z Edwardem Cullenem? Dźgnęłaś go ołówkiem, czy co? Zachowywał się
jak wariat.
Wzdrygnęłam się. A więc nie tylko ja to zauważyłam. A jego reakcja odbiegała od
normy. Postanowiłam udać, że nie wiem, o co chodzi.
- To ten, obok którego siedziałam na biologii?
- Zgadza się. Wyglądał, jakby go coś bolało, czy co.
- Hm... Nawet się do niego nie odezwałam.
- To dziwny gość. - Mike zatrzymał się na chwilę, zamiast iść do swojej szatni. -
Gdybym to ja miał fuksa siedzieć koło ciebie, na pewno bym cię zagadnął.
Pożegnałam go uśmiechem. Był miły i bez wątpienia mu się spodobałam, ale na
Cullena nadal byłam wściekła.
Nauczyciel WF - u, pan Clapp, uświadomił mnie, że w tym stanie jego przedmiot jest
obowiązkowy w każdej klasie liceum. W Arizonie wystarczyło zaliczyć dwa lata. Pobyt w
Forks miał być najwyraźniej moją drogą krzyżową.
Trener znalazł dla mnie strój w odpowiednim rozmiarze, ale dzięki Bogu nie kazał mi
się przebrać. Przyglądałam się, więc tylko czterem meczom siatkówki rozgrywanym
jednocześnie, wspominając, ileż to razy odniosłam obrażenia - i ilu innych zawodników
uszkodziłam - uprawiając tę uroczą dyscyplinę. Na samą myśl o niej zbierało mi się na
wymioty.
W końcu doczekałam się dzwonka i poczłapałam do sekretariatu oddać arkusz z
podpisami. Nie padało już, ale przybrał na sile chłodny wiatr. Objęłam się rękoma. Wszedłszy
do przytulnego biura, zbaraniałam i zapragnęłam natychmiast się wycofać. Przy kontuarze
stał nie, kto inny, jak Edward Cullen. Rozpoznałam go po rozczochranych miedzianych
włosach. Na szczęście nie zwrócił uwagi na to, że do pomieszczenia weszła nowa osoba.
Przycisnęłam się do ściany, czekając na swoją kolej. Chłopak wykłócał się o coś z sekretarką.
Miał niski, pociągający głos. Z zasłyszanych strzępków szybko zorientowałam się, w czym
rzecz. Usiłował zmienić swój plan lekcji tak, aby chodzić z inną grupą na biologię.
Trudno mi było uwierzyć, że to wszystko przeze mnie. Musiała istnieć jakaś inna
przyczyna, coś wydarzyło się w sali od biologii zanim do niej weszłam. To, dlatego, a nie
przeze mnie, był taki wzburzony. Przecież nie mógł, ot tak, zapałać do mnie nienawiścią.
Ktoś otworzył drzwi i podmuch zimnego wiatru, który wpadł do sekretariatu,
przekartkował dokumenty i pozostawił moje włosy w nieładzie. Nowo przybyła odłożyła
tylko kartkę do jednego z koszyczków i zaraz wyszła, ale Edward Cullen zesztywniał. Obrócił
się powoli i nasze oczy się spotkały. Jego twarz nadal była piękna - zważywszy na sytuację,
absurdalnie piękna - ale wzrok miał przepełniony mieszaniną agresji i wstrętu. Przez chwilę
bałam się, że się na mnie rzuci. Ciarki przebiegły mi po plecach. Spojrzenie chłopaka
zmroziło mnie bardziej niż szalejąca za oknami wichura. Wszystko to trwało tylko kilka
sekund.
- Trudno - powiedział do sekretarki aksamitnym głosem, od wróciwszy się do mnie na
powrót plecami. - Widzę, że rzeczywiście nic nie da się zrobić. Dziękuję za fatygę. - I
wyszedł, nie patrząc w moją stronę.
Podeszłam do kontuaru na miękkich nogach i podałam kobiecie arkusz z podpisami.
Twarz musiałam mieć białą jak prześcieradło.
- I jak ci minął pierwszy dzień, złotko? - spytała sekretarka opiekuńczym tonem.
- Dobrze - skłamałam słabym głosem, Nie wyglądała na przekonaną.
Kiedy wsiadałam do samochodu, parking był już niemal zupełnie pusty. Za
kierownicą poczułam ulgę. Zdążyłam się już przywiązać do swojej furgonetki, była dla mnie
namiastką domu w tej zarośniętej krzakami dziurze. Siedziałam tak przez jakiś czas pogrążona
w myślach, ale wkrótce w szoferce zrobiło się chłodno, więc odpaliłam silnik. Całą
drogę powrotną walczyłam z cisnącymi się do oczu łzami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz